Contrapunctus

"Artystą się bywa, człowiekiem się jest" /J. Stuhr/

Józefina żyła przekonaniem, że na szczęście trzeba zapracować. Czytała po nocach poradniki - "Jak być asertywnym", "Co jeść by żyć wiecznie", "Czym trują nas współcześni producenci warzyw". Chłonęła zbieraną wiedzę, niczym panna stęskniona za swym przyszłym kochankiem. Józefina wiedziała, że tylko dobrze zbudowane ego, daje gwarancję sukcesu (czymkolwiek miałby on być). Sukces bowiem w świecie Józefiny oznaczał wieczne niezaspokojenie. Gnanie przed siebie. Człowiek sukcesu to byt zapracowany, zmęczony, nad aktywny. Pomna tych słów Józefina stwarzała pozór zabiegania, dzięki czemu usilnie wierzyła, że w oczach tubylców jest obrazem szczęścia i spełnienia. W każdym podejmowanym zadaniu, stwarzała na własne cele sieć niewidzialnych "problemów", "przeszkód", których bohatersko będzie mogła się lękać. Joanna d'Arc wśród tabletów. Niestrudzona poszukiwaczka ludzkich słabości. Już we wczesnej młodości odkryła nieopisane uczucie, niepokojące, nie podlegające żadnym kategoryzacjom. Ni to dobre ni to złe. Ot werterowski ból istnienia. Jako wprawiona pragmatyczka wiedziała, że to czego nie można nazwać, sklasyfikować - nie nosi znamion istnienia. Trzy dowody na istnienie Boga, sześć dowodów na istnienie szatana - oto przepis na w miarę normalne życie. Tak - tak, nie - nie. Wszystko inne, jest przerażająco tajemnicze, nieprawdopodobne, więc należy to dla przykładu wyśmiać i wyszydzić. Ostatnimi czasy jednak to młodzieńcze, wyparte doznanie, powracało do niej coraz częściej, manifestując się w zdiagnozowanych przez specjalistę objawach depresji (wszystko przecież można i trzeba wyjaśnić - jedna pigułka rano, dwie wieczorem). Bała się tej swojej przeklętej choroby, bowiem wszystkie jej podręczniki określały ją jako słabość, a człowiek słaby postrzegany był przecież jako przegrany. Postanowiła z nikim nie dzielić się swymi wątpliwościami natury egzystencjalnej. Filozofia to przecież pseudonauka leniuchów. Starym sposobem, wybrała sobie piękny, nowy głaz, który będzie dźwigać na swych barkach, by udowodnić komunie, że mimo przeciwności losu jest w stanie żyć szczęśliwie, osiągając immanentny sukces. Dni spędzane na opowiadaniu najbliższym jak ten nowo wyciosany głaz jest ciężki i nieporęczny przywróciły jej radość ducha. Nic bowiem tak nie wzmacnia dobrze zbudowanego ego, jak litość połączona ze szczyptą podziwu. Nadczłowiek - to brzmi godnie. Powróciła więc do notorycznych narzekań, wyliczając na placach miejskich przeciw wskazania, niebezpieczeństwa, jakie wiążą się z natarczywym nieróbstwem, które ostatnio zbiera ogromne plony. Jakże tak można pozwalać sobie na nieregulaminowy spacer? Kto to widział drzemać w południe? Wolnomyśliciel? Artysta? Wszystko to wymówki dla społecznych wyrzutków, którzy dla własnej wygody odrzucają błogą wizję sukcesu przez zapracowanie. Nie ważne przecież czy dana praca przynosi jakiekolwiek efekty, ważne, że wyczerpuje, dając człowiekowi błogie uczucie spełnienia - oto ja, spełniający wszystkie wymagane normy. Ecce homo. Mijały długie letnie miesiące wypełnione nieznośnym śmiechem dzieci. Słońce prężyło swe muskuły, niwecząc pracoholikom wszystkie misterne plany. "Lato to zdecydowanie kiepski czas - myślała Józefina - prawdziwie szlachetne są tylko miesiące zimowe, gdy ludzie w skupieniu oddają się swej misji." Wiedziała bowiem, że w bladym grudniowym słońcu wszelkie, najmniejsze nawet intrygi ego, rozwijają się najlepiej. Przeglądając najnowszy numer magazynu "Pokonaj wszystkich!", który prenumerowała od jedenastu lat,  natrafiła na dziwaczny artykuł o samotności, która zdaniem autora jest najlepszym lekarstwem na zabieganie. O zgrozo! W tak zacnym piśmie tak nietaktowny, nienaukowy artykuł? Nie myśląc zbyt wiele postanowiła wystosować oficjalną skargę, w której napiętnuje brak profesjonalizmu redaktora naczelnego. No bo jakże to tak. Przecież on za to odpowiada! Jak mógł pozwolić na wypuszczenie tak wątpliwej jakości artykułu. Nie można robić ludziom wody z mózgu. Świat jest jeden. Ideologia jest jedna, właściwa, zdrowa. Ten paskudny artykuł to wrzód na zdrowym ciele społecznym! Używając wszelkich znanych jej profesjonalnych form redagowania oficjalnego pisma, w którym: a) należy mile się przywitać, b) przedstawić swoje zażalenie oraz dobrać do niego odpowiednio przekonującą argumentację, c) pożegnać się przyjaźnie, by nie palić za sobą mostów. Tak przecież robi osoba dobrze wychowana - narzuca swoje zdanie w bardzo kulturalny i niemalże uległy sposób. Nie minęły dwa tygodnie, gdy przyszła odpowiedź. W pierwszej chwili nie wiedziała co myśleć. Stała w odrętwieniu niczym świadek kolizji drogowej. Było to dosłownie na chwilę przed atakiem lęku, połączonego z tym dobrze znanym uczuciem "bycia" z dzieciństwa. Na białej, elegancko pozaginanej kartce widniały słowa z podpisem redaktora. Bez grzecznościowych formuł, bez trzymania się etykiety. Tylko jedno zdanie wyssane z tragedii Szekspira: "Serce nasze bowiem jest najczynniejsze, kiedyśmy samotni".

BLOG

Muzyczna Niepodległa

Muzyczna Niepodległa. Brzmi pięknie i wzniośle. Już kilkukrotnie poruszaliśmy na blogu temat edukacji muzycznej. W zasadzie bez skutku, bo były to tylko utopijne marzenia. Początek wakacji jest dobrym momentem do pochylenia się nad stanem naszej edukacji kulturalnej. Ba! Szkolnictwem w ogóle! Bo cóż z namiętnego przyswajania wiedzy niekoniecznie niezbędnej w życiu człowieka, z zaliczania i przekraczania kolejnych stopni wtajemniczenia, jeśli w procesie dydaktycznym zabraknie miejsca na kreatywność, na wsłuchanie się w potrzeby młodych ludzi? Są dużo ważniejsze rzeczy od przysłowiowego pantofelka, o amebie już nie wspominając. Ci młodzi ludzie kończąc szkołę, nie posiadają żadnych narzędzi, które w przyszłości pozwoliłyby im się dalej rozwijać. Nie rozumieją otaczającego ich świata, jego przemian, nie rozróżniają systemów wartości. Nie posiadają pzekonań, bo dowodem ich wykształcenia jest tylko papier, na którym liczba procentowa wskazuje na ile wyuczyli się o narodowych lekturach, ile wkuli wzorów i ile odmian czasownika "to be" znajduje się w ich apanażu wiedzy. Koniec. Niestety, przeciążenie historyczną nostalgią, powoduje, że w edukacji sięgamy przede wszystkim do modelu XIX-sto wiecznego, na którym oparliśmy także współczesne pojęcie tożsamości narodowej. Sienkiewicz, Wyspiański, poruszali przede wszystkim problemy swoich czasów. Ich kunszt, wyobraźnia są ważnym źródłem inspiracji, które jednak nie rozpala serc młodzieży do zaczytywania się w powieściach, kryminałach... czy chociażby gazetach! Uczenie sztuki tylko przez pryzmat historycznego panteonu jest wyrządzaniem ogromnej krzywdy zarówno kulturze jak i społeczeństwu. Nie ma co daleko szukać. Także i w szkołach muzycznych wciaż dominuje trend zapisywania zeszytów suchymi faktami (a to, że Beethoven w piątej symfonii wprowadził puzon...lub zamiast ćwiczeń harmonicznych przy instrumencie - ćwiczenia matematyczno-cyfrowo-nutowe przy tablicy) zamiast słuchania wraz z nimi, odkrywania sensu muzyki, tłumaczenia dlaczego coś jest ponadczasowe, dyskutowania o różnych wykonaniach. W szkole brak jest prawdziwego poznania rzeczy. Zbyt często uczeń zmuszony jest do zaliczenia danego materiału na podstawie opisu sporządzonego przez pedagoga. Prawdziwy rozwój, poznanie, wiąże się ze słuchaniem, dotykaniem, odkrywaniem, rozmową. Niestety, w szkołach powszechnych, edukacja humanistyczna opiera się tylko i wyłącznie na uczeniu się o literaturze. Nie dziwmy się zatem, że dla pokolenia milenersów sztuka staje się produktem zbędnym. Fascynacja kulturą bierze się z głębokiego poznania, doświadczenia. Edukacja muzyczna powinna się odbywać przede wszystkim poprzez kontakt ze sztuką. Nie na zasadzie "Chopin wielkim kompozytorem był", lecz poprzez nawiązanie emocjonalnej więzi między dziełem a przyszłym odbiorcą. W wielu produkcjach filmowych pojawiają się cytaty muzyczne z kręgu tzw. muzyki poważnej, do których młody człowiek powraca chętniej niż do swoich ulubionych gatunków. Dlaczego? A no właśnie przez związek emocjonalny. Poprzez skojarzenie konkretnego utworu z obrazem, sytuacją. Oczywiście on nie wie, że jest to środkowa część koncertu fortepianowego Mozarta, napisana między rokiem tym a tym, dedykowana temu a temu, przypisywana do "drugiego okresu twórczości". Być może lepiej dla niego, że nie wie. Chwyta to co go poruszyło i wraca do tego pomimo pozornych braków w wykształceniu. Szkoła powinna przede wszystkim wpajać potrzebę poszukiwania, obcowania ze sztuką. Powinna nauczyć młodych ludzi, że w jej ramionach mogą znaleźć ukojenie, rozgryźć trudne tematy, odnaleźć symbolikę i mistycyzm. Idealna lekcja muzyki? To ta, w której obok Beethovena czy Mozarta, jest także miejsce na Jacksona, Sinatrę czy Beatelsów...no i sporą dawkę folkloru, którego nie wiedzieć czemu... wciąż się wstydzimy. Poprzez łączenie różnych odmian sztuki można ukazać jej sedno, do którego dąży się nie poprzez wyuczenie, lecz doświadczenie, przeżycie, poznanie. Tylko tak można wykształcić gust muzyczny oraz nauczyć przyszłego melomana, że muzyka "poważna", poważną bywa tylko z nazwy. Pierwsza zasada: przede wszystkim - "nie straszyć"!

BLOG

Confession

"Niesłusznie uważa się, że muzyka danej epoki, grana w innej, musi zachowywać cechy charakterystyczne dla czasów w jakich powstała. Myśląc w ten sposób, mamy spokojną pewność, że nie poddamy się niebezpieczeństwu jakiejkolwiek fałszywej interpretacji. Ale chcąc osiągnąć ten cel, mimo wszystkich wysiłków, wszystkich badań dokonywanych w kurzu przeszłości, całej bezużytecznej skrupulatności wobec <jedynego przedmiotu naszej uwagi>, zawsze skończymy tonąc w morzu przesądów i fałszywych faktów. Ponieważ, nie zapominajmy o tym nigdy, prawdziwie wielka muzyka przekracza granice czasu, a nawet więcej: nigdy nie mieści się w ramach zakreślonych przez epokę w której powstała [...]. Zatem odtwarzać muzykę w jej historycznym kształcie to jakby odziewać dorosłego w ubranie nastolatka. Może to mieć pewien wdzięk w kontekście rekonstrukcji historycznej, ale będzie to interesować raczej miłośników zbierania zeschłych liści lub kolekcjonowania fajek [...]. Nigdy nie zbliżaj się do partytury, patrząc oczami umarłych, ponieważ oni nie przyniosą Ci w zamian nic, poza czaszką Yoricka" /Dinu Lipatti, 1950/ 

Wszystko z czasem przemija. Człowiek łudzi się trwałością rzeczy, stanu, ciągłością zależności, bo tylko na tym małym skrawku ziemi, zyskuje iluzoryczną pewność istnienia. Nim jednak zajdzie kolejne słońce, w pełnej, letniej scenerii, świat zmieni się w oka mgnieniu, niewelując dawne paradygmaty. W czasie, w którym stąpamy pewnie po wydeptanych przesądach, wyuczonych kanonach i bezpiecznych rozwiązaniach, mijamy cały fenomen istnienia, bez którego sztuka staje się tylko jednym ze sposobów na godziwe życie. Czy Dinu Lipatti miał rację? Wielu stwierdzi, że pomylił się srogo, bowiem to co nastąpiło w drugiej połowie XX wieku, było raczej bujnym rozkwitem wykonawstwa historycznego, w którym, w przedziwny sposób, każdy był przekonany, że posiadł tajemnicę, o której przodkowie mogli tylko marzyć. Muzyk zyskał prawo, ale i obowiązek podążania za szczątkowymi przekazami, które stopniowo zaczęły się wykluczać... Wzór stawał się coraz bardziej rozmyty, przytłoczony bardziej przekonaniami, niż "prawdą historyczną". Utwór muzyczny stał się organizmem przeznaczonym do sekcji zwłok. Zamknięto go w pokoju, w którym bada się zmarłcyh. Z czystej ciekawości rozbierano kolejne części ciała, przenosząc tym samym artystyczną dominantę z duszy na... ciało. W pracowni patologa, nie ma miejsca na emocje. Jest tylko zimna, żmudna, skrupulatna praca, nieograniczona gorączkowym pędem czasu, gdyż petent już dawno nie żyje. Patrząc na współczesne wykonawstwo historyczne, można z niekłamaną pewnością stwierdzić, że Lipatti, przy całej swojej stanowczości, miał wiele racji, bowiem odnosił się do utworu muzycznego jako do dzieła sztuki. Tradycja wykonawcza jest tylko pewnym punktem, w procesie przygotowywania utworu. Gdy celem staje się "odtworzenie" cudzego wykonania lub umieszczenie utworu w sztywnych ramach przekonań innych, bardziej doświadczonych, tych którzy ewentualnie za naszą interpretację wezmą odpowiedzialność, wówczas odbieramy sztuce idiom mistycyzmu. Czyż nie jest zadziwiającym fakt, że Sonata Mozarta wciąż istnieje w naszym świecie? Czyż fenomen stale rozbrzmiewających fug Bacha, nie świadczy o ich ponadczasowości? O uwolnieniu się ze sztywnych ram epoki? W zasadzie muzyka dawnych mistrzów trwa wbrew logicznym przesłankom, bo i język współczesnych twórców się zmienił, a i pozornie gusta masowego odbiorcy... a jednak Bach wciąż pozostaje Bachem, bez względu na to czy patrzymy na niego z perspektywy ksiąg czy samego dzieła i tego jaki pierwiastek ponadczasowego piękna w nim drzemie. Słuchając nielicznych nagrań Lipattiego, odnosimy wrażenie, że on te wszystkie prawidła "poprawnego historycznego wykonania" zna i realizuje bez najmniejszych oporów. Czy jest więc zatem możliwe rozpoczęcie pracy nad partyturą, bez szeregu założeń wynikających z obecnie panującej mody wykonawczej? Czy przez słuch, intuicję, badanie samego dzieła, nie zaś samej bibliografii można osiągnąć artystyczną doskonałość? Rozpoczynając pracę nad utworem z przeświadczeniem o wyższości swej wiedzy nad wrażliwością artystyczną, każe nam rozpatrywać dzieło muzyczne jak eksponat (z szacunkiem, podziwem... "NIE DOTYKAĆ EKSPONATÓW"). Sytuacja w świecie dźwięków, jest jednak dużo bardziej złożona niż w przypadku innych dziedzin sztuki, bowiem wiekopomne dzieło, bez udziału interpretatora, nigdy więcej nie zaistnieje jako wytwór artystycznej wyobraźni. Nuta zaznaczona na papierze, jest tylko skrótową informacją. Dlatego też "prawdziwie wielka muzyka przekracza granice czasu". Brzmiała w świecie, którego nigdy do końca nie poznamy; brzmi w świecie o którym potomnym nawet się nie śniło. Historyczne rozszyfrowanie utworu nie jest celem, lecz jednym ze środków do odnalezienia tego co niewypowiedziane, niewyjaśnione, tajemnicze. "Ale czy sztuka, każda sztuka, nie jest rodzajem alchemicznej transmutacji? Z pigmentów rozpuszczonych w oleju powstają prawdziwsze od prawdziwych - kwiaty, miasta, zatoki morskie, widoki raju..." /Zbigniew Herbert/

BLOG

Natura

Natura skąpana w ciepłym, letnim popołudniu. Dzień zdaje się nieśpiesznie dążyć ku zmrokowi. Dźwięki otaczają mnie zewsząd. Natężone, nasycone, niczym rubaszne, nabrzmiałe owoce cieszące wzrok i podniebienie. Każda nuta ma swoje wybrzmienie, swą rangę, czas. Skrapla się metafizycznie, tworząc niepowtarzalną mozaikę utkaną w powietrzu, której wzory zmieniają się wraz z każdą kolejną repetycją. Jak to jest - być ulotnym złudzeniem, które bez praw konstytucyjnych, ma środki by wypełnić treścią abstrakcyjny wytwór wyobraźni. Na czym polega fenomen wykonania, dzięki któremu utwór przybiera często zupełnie inne kształty? Niewątpliwie pod palcami każdego muzyka zabrzmi zupełnie inaczej w warstwie kolorystycznej, bo natury, intuicji, wrażliwości nie da się oszukać, wyszkolić - co najwyżej można poszukiwać dróg rozwoju w obrębie artykulacji, eksperymentując z niemal każdą wydobywaną nutą. Oczywiście zabrzmi również inaczej w sensie agogicznym, bo operowanie czasem również jest zjawiskiem niezwykle indywidualnym, jeżeli nie jest powstrzymywane przez podszepty złych duchów. Fenomen kameleona. Utwór muzyczny zmienia się za każdym razem także pod względem formalnym, bowiem z tych wszystkich indywidualnych niuansów wynika zawsze ogólniejszy zarys dzieła. Dzieła, które istniejąc tylko przez krótką chwilę, przyjmuje znamiona swego wykonawcy. Wchłania jego emocjonalność, wrażliwość, ekspresję, postawę twórczą, stając się zjawiskiem nadprzyrodzonym. W tej jednej chwili utwór Schumana istnieje niejako w oderwaniu od Schumana, założeń romantyków, całej tradycji wykonawczej tak piętnowanej przez Gustava Mahlera. Bez współczesnej treści, dzieło staje się przekazem niewyraźnym, zamazanym, nosząc w sobie wyłącznie znamiona lekcji, umuzykalnienia, nie zaś prawdziwego, realnego przeżycia, w którym muzyka upatrzyła sobie swój podstawowy atrybut. Odczuwanie jest niejako alegorią sztuki w ogóle. Pod powłoką estetycznego piękna, drzemie bowiem ogromny potencjał emocjonalnej prawdy, którą przekazać potrafi jedynie człowiek otwarty na jej nieposkromiony dobrobyt. Fenomen wykonawczy to nic innego jak siła indywidualnego pierwiastka, jaki staje się udziałem wykonywanej przez nas muzyki. W relatywnie krótkim przedziale czasowym dzieło kompozytora staje się naszym dziełem. Stajemy się współkompozytorem, współtwórcą, bez którego dzieło pozostałoby emocjonalnie martwe. Z kierowania się słuchem wewnętrznym, intuicją muzyczną, częstokroć powstają najwspanialsze interpretacje, które później... mogą stać się tradycją wykonawczą (jak słynne nagrania Glenna Goulda). Natura rzadko się myli i to jej powinniśmy ufać przede wszystkim. Nadmierne pokładanie wiary w teoretyzowaniu aktu twórczego oddala nas od natury dzieła muzycznego, którego głównym tworzywem jest dźwięk. Praca nad utworem, to przede wszystkim słuchanie, nie zaś wypełnianie wyznaczonych wskazówek. "Zastosuj akcję do słów, a słowa do akcji, mając przede wszystkim to na względzie, abyś nie przekroczył granic natury; wszystko bowiem co przesadzone przeciwne jest zamiarowi teatru, którego przeznaczeniem jak dawniej tak i teraz, było i jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku postać ich i piętno" /W. Szekspir, Hamlet, Akt trzeci, scena druga/.

BLOG

Strona 1 z 23