Second part

"Wyobraźmy sobie, że i n n y mówi i opowiada o tym, co ma przed oczyma. Mniej ważne okazuje się dla nas to, o czym wedle swej świadomości intencjonalnej mówi, a bardziej ważne to, że i jak mówi. W tym, jak mówi, wyraża się nie tylko jego nastrój czy osobowość, ale również jego stosunek do mnie - mnie który się ku niemu zbliżyłem." /ks. Józef Tischner, "Inny"/ 

                       Dźwiękowa pieszczota. Gdzieś zawieszona chmura pytań rzuconych niedbale w niezagospodarowaną jeszcze przestrzeń, przestrzeń, której mimochodem staję się uczestnikiem. Nie ma mnie w wyprzedzanych gestach, umyślnie sterowanych westchnieniach. Przyjemność płynąca z nadmiernego kontrolowania zdarzeń czysto abstrakcyjnych gaśnie w nazbyt podnieconej tęsknocie za dziecięcą beztroską rzucania się w wir chwili. Za "zapamiętaniem się" w czymś na dobre. Chwila chwili nierówna. Niby nieomylna powtarzalność w dobrze ugruntowanym punkcie egzystencji, a jednak tak odległa od pierwotnego spojrzenia na obiekt młodzieńczych westchnień. Czy z perspektywy czasu, którekolwiek z nich można by, należałoby, trzeba by uznać za niewłaściwe, naiwne? To byłoby działanie destrukcyjne, wykluczające realność rzeczywistości czasu w którym znajdujemy się obecnie, negacja chwili w procesie nieustannego doskonalenia wersji ostatecznej, nieosiągalnej. Idealnie było lub idealnie będzie - taki swoisty obraz wiecznego nienasycenia. Wprowadzanie ciała w stan wiecznego głodu, wyczerpania wędrówką. A tu trzeba by zadać pytanie zgoła inne - czy żyjemy bardziej w przeszłości (poruszając się po tym co bezpieczne, znane) czy też bardziej w przyszłości (szukając wciąż coraz odleglejszego celu, świata skrojonego na miarę oczekiwań - nie zawsze naszych). Bo w teraźniejszości bywa jakoś inaczej, jakoś nieswojo. Teraźniejszość zwykło się zarzucać zadaniami, które skutecznie wykluczą, zdyskredytują jej nieoczekiwany sens trwania. We wszystkim jest jakaś metoda. Zawsze pozostaje pytanie o cenę. To zawirowanie, załamanie trwania, zarzucanie chwili przestoju wiecznymi poszukiwaniami w cyberprzestrzeni stopniowo niszczy nie tylko naszą komunikatywność, ale i sposób w jaki się komunikujemy. Czułości szukam i pragnę w tym zwykłym dniu, który swą jakością przecież nie ustępuje cudowności wieczoru koncertowego, gdy jakaś misja, jakieś wyższe ja szepcze mi do ucha - "dalej!". Stosunek do świata, do człowieka tu obok, innego, to codzienny bilans zmarnowanych okazji i wyjątkowych przebłysków nadświadomości. Dźwiękowa pieszczota, której z taką lubością szukasz, jest, ona jest zaklęta w stosunku do sztuki, do instrumentu, ale i do wszechświata w ogólności. Bo i tu na polu codziennego, nieustraszonego trwania, i tam gdzie Jupiter otwiera nieboskłon w piątkowy, koncertowy wieczór liczy się prawdziwa obecność. Obecność, która poza sobą samą nie potrzebuje już niczego. Ani tego ogromnego bagażu lęków, ani monstrualnej listy oczekiwań, ani nawet wieńca laurowego zakładanego czasem już na długo przed planowanym recitalem - tak dla wyznaczenia granic poznania między Ja - odbiorca - Ja - dawca. Obecność nie wyklucza zawodowstwa. Przeciwnie - jest raczej stanem wyższego działania - działania w przestrzeni nieznanej żadnym algorytmom. Przestrzeni, którą wciąż nazywają sztuką.

BLOG

rare First of

Wchodzę do kapsuły czasu. Bezpiecznej, statecznej, bez odwołania. Tam za zakrętem nie ma już lęku przed niedoskonałością, nie ma już pretekstów do ucieczki. Czas czasowi nierówny choć operują tą samą materią. Za oknem upał sycylijski, jeden z tych potężnych motywatorów do zwolnienia wewnętrznego tempa - tempa odczuwania rzeczywistości. My, ludzie północy bywamy pośpieszni, zagonieni, zatopieni w trosce o dzień jutrzejszy, który zawsze ma prawo nie nadejść. Kaprys losu i natury. Tam na południu gwałtowne okazywanie emocji paradoksalnie wyznacza spokój trwania w rajskiej, upalnej rzeczywistości, chwilowego złudzenia - trwałości trwania. Czas czasowi nierówny, choć to dość prosta umowa międzyludzka, gdzie rok dzieli się na pory roku, miesiące, te zaś na dni, godziny, minuty, sekundy... Ale ich trwanie bywa zbyt buńczucznie niemiarodajne. Owszem warto stawić się na samolot o 5.50, nie bardzo to taktowne spóźnić się na koncert o 19... ale to tylko jeden wymiar czasu. Ach no tak! To trzeba zrazu wyjaśnić, bo my dziś o tym drugim, a może i piątym wymiarze. Subiektywne odczuwanie przestrzeni trwania to jeden z najbardziej spornych atutów świata muzycznego. Nic w tym dziwnego, w końcu było nie było - zatapiając się w przestrzeń dźwiękową, zanurzamy się w bezmiernym morzu trwania w czasie, a w zasadzie, łamiemy prawa fizyki rządzące żelazną rózgą tykających wskazówek. Wehikuł czasu bez zbędnych pytań przenosi nas w świat zaklęty w czarnych kropkach i odnośnikach. Gdzie znajduje się ich klucz, gdzie znajduje się zrozumienie i współodczuwanie pierwiastka emocjonalnego? Niedoskonałość zapisu nutowego, który ogranicza się do koniecznych, niezbędnych wskazówek, tak naprawdę odsyła nas do wsłuchania się w zastaną tkankę brzmieniową, a co za tym idzie, do wsłuchania się w czas między dźwiękami, czas który staje się piętnem wykonawczym, czas z którego może ziać nudą, nieszczerością, czas który może porywać, zachwycać, zakrzywiać czasoprzestrzeń. To owa subiektywność karze nam próbować tego co ekstremalne, ona jest motorem kreatywności, ale i remedium na problemy ze skupieniem podczas prezentacji dzieła muzycznego. Subiektywność oznacza wchłonięcie utworu w całości, stanie się tą wypowiedzią muzyczną, złączenie intencji kompozytora z potrzebami odbiorcy i wykonawcy. Czy sztuka zatem bywa obiektywna? Podobnie jak czas, w pewnym podstawowym wymiarze tak - wymiarze techniczno-wiedzowym owszem, jednak czy tu już mamy do czynienia ze sztuką, czy dopiero z przedsionkiem... W tym pierwszym, podstawowym, prymitywnym wymiarze muzyk sygnalizuje nam: "umiem!"-"potrafię!"-"wiem to!". I dobrze, bo od tego można także wyjść. Cóż jednak powiedzieć o aspekcie społecznym takiego działania? Mierna to pociecha, że ktoś wytrwa do końca. Bez pozytywnego subiektywizmu w sublimacji dzieła muzycznego wszystko zamyka się w prostej formule wykonania zadania. A sztuka to na szczęście nie tylko zadanie - to misja, potrzeba, krzyk - nieustanna chęć komunikowania się bez językowych niesnasek i pokrętnych reinterpretacji. Dźwięk subiektywny dotyka, porywa, oczarowuje, denerwuje, drażni. Jak w kapsule czasu - nie zawsze wiadomo, gdzie się wyląduje!

BLOG

STOP

                       Sugestywny pochód cieni. Nieczułych na wibrację otaczającego świata. Janusz lat 40. On chce i może, więc nie narzeka, nie czeka na ten lepszy zgoła czas, nie do końca mając świadomość, że i on jest czasem, ba! Nie mieści mu się w głowie, że on jest "czasem". Za rogiem wyłaniają się kolejne nęcące perspektywy zaistnienia w kaligraficznie poprawnej przestrzeni, która jednak lubuje się w historiach rysunkowych - w szybkiej dawce informacji - kolorowej, gustownej, pozornie nie wymagającej przetworzenia przez wszystkie zmysły. Ewa, lat... nie wiadomo, bo nawet królowi cybernetycznego handlu danymi skłamała o jakieś 17, 18... Wierna wyznawczyni gestu kciuka. Niczym poranny i wieczorny pacierz do małego przeszklonego jonizującego okienka, w którym tyle słodkich kotków, piesków, małych szczeniaczków, no ewentualnie emotikon zatytułowany "wrrr" gdy ktoś sieje homopropagandę. Ot taki sposób na zbudowanie swojej osobowości, w jakiś mętny sposób, choć pełen manifestacji, naiwności. Maciej lat 31. Gdyby tak mógł spłonąć razem z wierszem Petrarki w muzycznej sugestywności Monteverdiego. Zostać, stanąć na przekór, w szranki z sobą, by znaleźć, zajrzeć do przestrzeni głuchego słuchania pod pokrywą lodu niespokojności. Myśmy tylko przyszli na przekór przeszłym pokoleniom, by schować się przed zachłannością życia, w której zagłada zabiera zbyt wiele serc, sumień, zbyt wiele nadziei, angażuje zbyt wiele energii. Żyjemy cieniami osobowości w zatęchłej, plastikowej formule egzystencji, gdzie jednym przyciskiem popieramy faszystów i dofinansowujemy fundusz na rzecz kombatantów. My żyjemy w tyglu zasyłania znaczków, taka inspiracja starożytnym Egiptem. Owszem, kultura to przesławna, choć w szkole wydawała się nudnawa. Cóż z tego, że w codzienności jakoś nam nie idzie, więdniemy. Tego nikt nie widzi, więc to się nie liczy. O prawdziwości, o istnieniu decyduje choćby jeden lajk, jeden mały znak, cenniejszy od wody, której cudem jeszcze mamy pod dostatkiem w tej części Europy. Cienie dokarmiają ego, które na co dzień rzadko wychodzi na żer, bo w świadomym społeczeństwie nie wypada. Jednak życie podwójne narażone jest na zwielokrotnioną ilość zawodów, złości, nienawiści. Na smutek, lęki i depresje, którym nie sposób stawić czoła właśnie tam w tym tyglu, w tej księdze twarzy, z której większości do prawdy zupełnie nie znamy. Taki detoks od wyimaginowanego świata, znów, to byłoby coś. Skąd jednak czerpać wzór satysfakcji na rogu krytyki? Oj tam, kreatywność podpowie nam rozwiązania, o których nie śniły nawet najtęższe umysły sprzedające nasze dane na lewo i prawo (choć może "prawo" zwłaszcza, bo tam, etyka jest czymś względnym, z resztą ze wszystkiego wciąż można się "wyspowiadać", jedna zdrowaśka i już żeś bliżej raju utraconego). Wokół gabinet cieni, nieświadomych tej zadziwiającej dychotomii - bycia i nie bycia - trwania i zagubienia zarazem. Dźwięki są zbyt niepokojące, słowa, spojrzenie. Taki hasztag i niezliczone morze "reakcji" to jest prawdziwe życie, osłonięte przed pozorną odpowiedzialnością za drugich, za siebie. Oj... miało być o madrygałach księcia Gesualda i o fenomenalnych eksperymentach manierystów. Ale jak tu o nich, jak tu postawić kciuka, skoro oni nie żyli cieniem, tylko esencją samego istnienia - poszukiwaniem języka który przekroczy granice ludzkiego poznania...

BLOG

Geist

                         O duszy co się ją miewa czasami. Z rzadka. Co raz to ostatnio, właściwie, wątpliwie. Do poetów i subskrynentów subkonta na lokacie wieczystej. Apel o niezaśmiecanie przestrzeni plastikiem sztuki w odbiciu asymetrycznym. O duszy, a w zasadzie jej zagubieniu z powodów czysto naukowych, a więc udowodnionych. Pojawiający się od czasu do czasu uzasadniony lęk, wynikający z dyskursu współczesnej nauki, wyjaśnił się samoistnie, odsłaniając brak obiektywizmu w koronkowej krucjacie realistów. Okazuje się zatem bowiem, iż w badaniu naukowym, jeżeli coś jest trudne do sprecyzowania, zbadania, zmierzenia, to można to po prostu...pominąć. Uznać, że coś nie istnieje i iść dalej... jakież to wszystko proste, choć język na wyrost skomplikowany. I to właśnie spotkało biedną duszę w zrelatywizowanym świecie udowodnionych naukowo poglądów. Nauka, która nie radząc sobie z problemami, wykombinowała sobie sprytne powiedzenie, o tym biednym wyjątku co to regułę miałby potwierdzać...zdaje się być kiepskim doradcą życiowym. Bo wystarczy tylko, że ktoś znajdzie sposób rozwiązania lub nowej klasyfikacji owego "przypadku"i już wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Taki to kozi róg naukowej kariery. A jednak dusza oraz wiążąca się z nią intuicja, wrażliwość, emocjonalna subtelność istniejące na obrzeżach paradygmatu wychowania akademickiego wymaga nieustannej pielęgnacji. Wrzucenie jej w odmęty podświadomości, celem dostosowania się do ogólnospołecznego zajadania się cybernetycznymi lajkami powoduje przeniesienie jej na inne sfery życia tworząc koncepcje materializmu, konsumpcjonizmu i wszystkich tych współczesnych nizmów, które bywają trendy gdy się ich nie nazywa. Dusza jako koncept się wyczerpała, bo któż chciałby się nią zajmować, tu w świecie gdzie wszystko szybko i bezboleśnie i podobnie jak inni... Szkoda, że i ośrodki religijne z niej rezygnują babrając się tzw. polityką kościelną i tym kogo ich wyznawca może i powinien pobić, zgnębić. A duszę wciąż się miewa, choć dziś chyba rzadziej niż za czasów fenomenalnej Wisławy. Jak więc do tej małej szczeliny w której miałaby ona mieszkać, próbować dziś przemawiać jako artysta. Na takim letnim festiwalu weźmy na to. W królestwie jednorazowych kapci, plastikowych muszelek i chodzących brzuchów piwnych. Czy warto nimi wstrząsnąć? Serwować im to w czym ich dusza mogłaby zatonąć? Czy może sprytniej - zabawić się w artystę estradowego i rozebrać się do rosołu z tymi wszystkimi "letnimi kawałkami" za które to mieliby nas Ci "oni" pokochać... Choć sztuka a w niej i muzyka to dość przepastna dziedzina, rozciągająca się gdzieś od skrajów komedii (z takimi rarytasami jak Mozartowskie dramma giocoso...) a kończąca na dramacie, gdzie umieralność wynosi 100%, to jednak by sztuką pozostała musi mieć pierwiastek umoralniający, wznoszący, uduchowiony, a nie tylko, że tak powiem tylko i wyłącznie rozrywkowy. Dobrze skrojona komedia przemyca treści, które dla widza mają być pomocne, mają obudzić w nim pytania o sens egzystencji. codzienności. Kłamstwem zatem wydaje się promowanie sztuki jako czegoś "fajnego". Bo "fajnie" bywa na kabarecie, na spotkaniu z przyjaciółmi, w warzywniaku. Sztuka, działania artysty zmierzają w innym kierunku, nie oszukujmy więc odbiorcy - w trudniejszym kierunku, choć często bywa, że bardzo przyjemnym, że słuchając gigantycznej symfonii Mahlera przeżywamy prawdziwą transformację, której nie możemy i nie chcemy wyrażać słowami. I o te małe przemiany chodzi, uniesienia, które budzą w nas istotę na co dzień pozornie uśpioną; istotę która czuje niezgłębioną wspaniałość wszechświata, potęgę miłości, moc płynącą ku górze. Nie martwiłbym się o frekwencję. Ludzi "z duszą" jest zdecydowanie więcej niż nam się zdaje. Tylko nie bójmy się o nią zahaczać choćby odrobinę w naszej muzyce, która przecież nie jest tylko statystycznym koncertem, punktozą, działaniem na rzecz wzrostu ekonomicznego... Działalność artystyczna człowieka to manifestacja jego duchowości, a więc znów niepoliczalna, niemierzalna, nierutynowa... O duszy się śpiewa czasami, a można by duszą śpiewać, a nie tylko o niej po łebkach...

BLOG

Strona 1 z 32