Obsession

To musiała być obsesja. Mistyczna obsesja podszyta wiarą w to, że twórczość jest darem przekazywanym ludzkości - nie z próżności, lecz konieczności sublimacji piękna wyzierającego z każdej istoty, z samego faktu stworzenia. Muzyka, która nie należała do niej, stała się moim aksjomatem, emblematem ponadczasowości. Próżno wierzyć w związek przyczynowo-skutkowy, nieustanny rozwój, który miałby doprowadzić ludzkość do egzaltowanej doskonałości, gdy najwyższa muzyka, zdaje się przekraczać wszelkie logiczne próby uszeregowania. Z resztą czyż ta nadmierna wiara w postęp nie rozbudza w nas tylko coraz większej tęsknoty? Pragnienia, niegasnącego pragnienia, które definiuje człowieka jako jednostkę w ciągłym ruchu. Pielgrzyma bez skrupułów. Obieżyświata, który nie posiada jedynie klucza do swojej duchowości. Takiego mnicha bez pokory i miłości. Ale nie o tym. Nie o tym dziś, lecz o mojej umiłowanej. Widzę jej ciepłe spojrzenie, rumiane, uśmiechnięte policzki, to skupienie i oddanie. Jest jak matka kołysająca przerażone dziecko do snu. Jej muzyka to jak powrót do domu dzieciństwa - wyidealizowanej oazy spełnienia, cichej, ciepłej, skromnej chaty utkanej z dbałości o drugiego człowieka. Z trudem przypisać mogę ją epoce, stylistyce - to jakby ogołocić ją z czci i godności i zrobić z niej kolejny filar historii muzyki. No może z tej perspektywy bywa bardziej znana - pierwsza w historii Pani kompozytor - jakby płeć wyznaczała inne ośmiotysięczniki dla kobiet. W jej dziele jest coś bardziej odkrywczego niż płeć autorki - esencja. Pomyśleć, że w średniowieczu muzyka bywała przepełniona tak głęboką emocjonalnością. Nic dziwnego, skoro św. Hildegarda z Bingen w swych dziennikach pisała, iż muzyka jest wspomnieniem raju, że twórcze natchnienie pochodzi wprost od Boga, a dzieło artysty jest w rzeczywistości boskim przekazem. Zbyt patetycznie? Zbyt poetycko? Egzaltowanie? Zdziwiłby się ten kto wsłucha się szczerze w muzykę Hildegardy, jest tak bliska naszym minimalistycznym czasom. To przestrzeń wypełniona oddechem. Wolność otulona w zniewalające frazy. Prostota - czysta, skroplona esencja sztuki zamknięta w rozświetlonych melizmatach. Ciepły dotyk matki na stroskanym policzku. Śpiewnik domowy wieków średnich. Jeżeli Bach jest ojcem, Beethoven bogiem to Hildegarda jest pramatką, odpowiedzią na skomplikowaną sytuację artysty czasów ponowoczesnych. Zbłąkanego dziecka eksperymentu, znawcy strukturalizmu, odciętego od wewnętrznego źródła muzycznej epifanii. Słowa pełne światła - dzieło Hildegardy zadziwia. Muzyka wypływa wprost z postawy, miłości, przekonań, ze słów które czytamy w jej objawieniach: "Stań się dla innych niczym słońce – dzięki wiedzy, jaką posiądziesz, niczym księżyc – dzięki twej szlachetnej postawie, niczym wiatr – dzięki nauczaniu innych z mocą, niczym powietrze – dzięki twej łagodności i niczym ogień – dzięki sile i pięknu słów, które do nich kierujesz.  Jako nauczyciel masz być uważny i dobry dla innych, z troskliwą łagodnością przekazuj swą wiedzę. Nie bądź surowy dla tych, którzy przeżywają trudności, lecz miej dla nich cierpliwość i wspieraj ich, z miłosiernym współczuciem odnosząc się do ich słabości. Bądź cierpliwy i nie patrz surowym wzrokiem na swoich bliźnich. [...]  Rozwarły się niebiosa i oślepiająca światłość niespotykanej jasności oblała cały mój umysł. I roznieciła ogień w moim sercu i piersi, jak płomień, nie paląc a ogrzewając ciepłem... i raptem pojęłam znaczenie ksiąg, to jest psałterza i innych ksiąg Starego i Nowego Testamentu". Aż trudno uwierzyć, że mamy rok 1137...

BLOG

Maj?

"Na tych fundamentach nowa kultura dźwięku wykształciła własną świadomość, historię oraz pamięć. Jeśli tradycyjną – liniową, ciągłą i rozwojową – wizję historii określić można mianem analogowej, to nowa dźwiękowa wrażliwość jawi się jako cyfrowa. Niweluje ona zwyczajowy podział na kulturę wysoką oraz masową i traktuje dzieje muzyki jako rezerwuar swobodnych związków oraz skłonności, przełamujących konwencjonalne podziały gatunkowe." /C. Cox/

Dźwięk dźwiękowi nierówny. Stale otaczające mnie bodźce stopniowo ogłuszają intymność brzmienia, którą noszę w sobie od początków fascynacji muzyką. Ot dziwne prawidło - im więcej zapełnionej przestrzeni, tym mniej poczucia wolności, swobody. Nie spierałbym się tu z całym światowym idealizmem, że lepsze wypiera gorsze albo, że liczy się tylko to co nieskazitelne. Jednakże w zbyt "oczyszczonym" świecie, bledną też barwy, stłoczone w technicznym paradygmacie perfekcjonizmu. Zadziwiająca chęć nieskazitelności. Kolejny paradoks, bo czyż sztuka częściej nie zajmuje się właśnie człowiekiem upadłym? Jego niedoskonałościami, niedociągnięciami? Czyż nie porusza kwestii uczuć, które zbyt często tłumione są w podświadomości? Dziwny to zawód, który dąży do perfekcjonizmu wykonawczego w prezentowaniu ludzkiej niedoskonałości. Niewątpliwie sytuację współczesnego artysty kreuje świat nagrań - nierealna przestrzeń stworzona z marzeń, odseparowana od emocjonalności, pozwalająca na stworzenie wzorcowego wykonania, które dla zasady mija się z prawdziwym życiem. Jako buntownik z natury, stale wygrzebuję różnorakie nagrania live i napawam się każdą nietrafioną nutą, która tworzy historię, jak fenomenalne omsknięcie Marthity w trzeciej części Czajkowskiego (i to w temacie!) - mógłbym go słuchać na okrągło! Oczywiście wszyscy uznajemy, wiemy, głosimy, iż koncert rządzi się swoimi prawami, a nagranie swoimi, jednak w dobie dźwiękowej kaskady idealnych nagrań i ich konsekwencji - oceniania na zasadzie porównań - w podświadomości rodzą się potwory, z którymi nie sposób wygrać za pomocą relatywizowania. Cóż, skutecznie wtłoczono nam do głowy przekonanie, iż pokazywać należy się z jak najlepszej strony, choćby za fasadą sukcesu kryły się upiory lęku, opuszczenia, braku wiary w siebie. Jakże zatem pozwolić sobie na niedoskonałość w świecie idealnych nagrań? Słuchając wewnętrznym głosem, który ponad nieskazitelnością widzi, czuje głębię przekazywanej treści. Jest jak jest. Ten dziwaczny listopad w maju może otępiać zmysły, ale może i przekonywać o niezwykłości tego najlepszego ze wszystkich światów. Chciałoby się czekać na niekontrolowany wybuch lata - tylko ile można czekać na idealny dzień, idealną intonację, idealną emocję? Wyspiarski, melancholijny maj. Dosadny katalizator wypartych emocji nieakceptowalnych społecznie - lęku, smutku, żalu, złości. A przecież gdyby złożyć je w całość, mogłaby powstać niezła opera - historia o człowieku, który dążąc do perfekcji popełnił wszystkie błędy małego chemika, patrząc na świat przez pryzmat wyznaczonych celów, a nie spotkanych na drodze ludzi. Pani perfekcjo - jest jak jest. Różnie bywa. Maj to jednak maj.

BLOG

#Ave

Zasłuchałem się. Nie wiem gdzie jestem. Nie pomnę gdzie byłem. Czy faktycznie jestem? Zasłuchałem się. Zanikam. To prawdziwa przyczyna niczego. Czy przychodzimy z "nicości"? W ciągłości zdarzeń nadchodzą wątpliwości co do poznania czy tej niezbywalnej konieczności kontrolowania, a przynajmniej posiadania opinii. Tu można by krócej, tam przydałoby się więcej oddechu, tempo jakby nie przystaje. Niczym na złowieszczej karuzeli kręcimy się wokół naszych przekonań, zamykając oczy na rzeczywistość która znajduje się zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Skąd ten błogi spokój nicości? Skąd to fantastyczne odrętwienie zmysłów? Skąd wspaniałe poczucie braku kontroli? Zasłuchanie to stan permanentnego poddania. Prowadź mnie Ty, prowadźcie mnie muzy, prowadź mnie chwilo, unoszę się wraz z każdym nieśmiałym, głębokim wdechem. W konstelacji wyobrażeń jest także miejsce na bogactwo odmienności. Może o gustach się nie dyskutuje, ale na pewno warto się nimi dzielić. Nie pytaj mnie nigdy jak zagrać mój utwór, bo i ja nigdy się nad tym nie zastanawiałem. On przyszedł do mnie z innych światów. Usłyszałem go bez tych wszystkich drogowskazów ("tu rubato", "tam akcent", "tu secco"). On uformował się w całości. Wyklarował się z gmatwaniny fraz, w zgrabną całość, którą ja tylko zapisałem. Zwodziła mnie każda nuta, gdy podczas popołudniowych spacerów słuchałem co przynosi tajemniczy wschodni wiatr. Wkradały się niepożądane pomysły, którymi niespokojny umysł chciał przyśpieszyć "pracę". Ja tylko oczyszczałem drogę dźwiękom, które od wieków drzemią w naturze. A wskazówki wykonawcze? To tylko próba uściślenia tego, co od zawsze było, jest i będzie fantasmagorią. Musiałbyś spojrzeć moimi oczami by zrozumieć jaką niedorzecznością jest dosłowność. Fermata? Owszem, jest, ale to jak aspiryna w leczeniu nowotworu - tylko tak mogłem zakomunikować Ci tą obezwładniającą siłę dźwięku, który trwając bez końca posiadł moją zbłąkaną duszę. Te wszystkie wskazówki to racjonalizacja, instrukcja obsługi z którą może być Ci łatwiej, ale nigdy nie usłyszysz tego utworu tak jak ja, bo i nie ja jestem jego jedynym autorem. Dźwięki są katalizatorem, naczyniem, które jest w stanie pomieścić zadziwiająco różne substancje, obrazy. Nie pytaj co miałem na myśli. Słuchaj. Jeśli tego bardzo potrzebujesz to odpowiadaj. Jeśli jesteś odważny - słuchaj. Słuchaj by spojrzeć na ten świat w podobnym kierunku choć wśród innych horyzontów. Nie spoglądaj na mnie, bo ja już nie jestem właścicielem tych drobnych nut. Znalazłem je w przepastnym wszechświecie i bez wahania, bez lęku dałem je Tobie. Poddałem wszystkie znamiona dumy i władzy, nie jestem już właścicielem tego skomplikowanego kodu. Ja przekazałem Ci to co zostało mi dane - teraz Twoja kolej. Zasłuchuję się w Tobie. Zadziwia mnie Twoje spojrzenie. Mój świat dzięki Twojemu staje się bardziej barwny, fascynujący. Ja przychodzę się tylko zasłuchać i zadziwić. Zasłuchać w Twojej przestrzeni. Zadziwić, że to co tak długo dzierżyłem w dłoniach, to co nie pozwalało mi zasnąć - dziś jest dla mnie zupełnie nowe, poruszające. Wiesz kiedy jest na prawdę cudownie? Gdy jesteś sobą.

BLOG

TrAdYcJa

"Najbardziej dotkliwy jest bezruch: gęsty, widzialny. [...] W jednej chwili odkrywam prawdę: nic się już nie da zrobić - jestem." /O. Tokarczuk, "Bieguni"/

Nareszcie... pierwsze promienie słońca wybudziły mnie z zimowego, melancholijnego letargu. Już nie tęsknię. Jestem. Dla człowieka północy, lato w kwietniu to prawdziwy cud. Zimny prysznic, zastrzyk energii, i ten wewnętrzny głos który znów mówi: "zostań, tu jest dobrze". Tradycja. Lęk przed utratą czegoś co i tak przyjdzie lub przed zmarnowaniem czasu, który przecież i tak trwa. Jakże zatem można go tracić? Przecież nie jest nasz. Minuty, dni, miesiące - taka umowa wyznaczająca skalę naszych przewinień. Tradycja. Coś do czego wreszcie można się odnieść, drogowskaz, wielka żółta boja na morzu, która sączy w podświadomości dobrze znany jad: "tam nie wolno!". Może to kwestia charakteru, taka swoista natura człowieka, ale tam gdzie nie wolno - tam udaję się z niekłamaną lubością! Zawsze uwagę przykuwało to co w pewien sposób niedoskonałe, niedokończone, odważne, porywcze. Nie wiem czy to świadomość faktu niedoskonałości pierwowzoru czyli życia w pięciu smakach? A może dziecinna przekora? Wszak doskonałe, skończone, oznaczać mogłoby równie dobrze stagnację, śmierć - która jest jednym z punktów docelowych obecnej egzystencji. A co po śmierci? Jak kto lubi - niebo, reinkarnacja, wędrówka dusz... Mówi się, że tradycja może być żywa. I to jest jakiś punkt odniesienia. Prawdziwa wielkanocna nadzieja. Mierzenie się z materią znów ma jakiś sens, znaczenie - nie jest już tylko rytualnym, rutynowym odtwarzaniem raz zdobytych uczuć, wiedzy czy tego jak mu tam... doświadczenia. Szczęściem jest posiadać tradycję. Znaczy to bowiem ni więcej ni mniej jak być częścią społeczności, a co się z tym wiąże - znać kod, klucz do egzystowania w pokoju. Żywa tradycja to szczęście. Bo czymże była by wielkanoc bez kolejnego spotkania z Pasją Jana Sebastiana Bacha? Wszak z oratoriami Johana jest jak z winem - z wiekiem smakuje lepiej - spostrzega się, doświadcza więcej. A gdy jeszcze wykonawca odważy się przekroczyć granice tradycji, wówczas wywołana w nas konsternacja może spowodować prawdziwą zmianę. Tak było tydzień temu w Gdańsku. Gdy przychodzisz na Pasję Janową, to wiesz czego się spodziewać. W końcu wszyscy muzykolodzy rozpisują się o tym, że tu umiera Bóg, a w Mateuszowej człowiek... Janowa bardziej dramatyczna - Mateuszowa bardziej sentymentalna. Wszystkie te ogólniki krążą gdzieś w zakamarkach zapracowanego umysłu, który nie wie dlaczego znów prowadzą go gdzieś, po to by przeżył to samo, jeszcze raz i jeszcze raz... Konsternacja. Na naszych oczach narodziła się nowa tradycja. Czyż "zbyt szybkie" (sic!) tempo pierwszej części nie porwało nas, nie wciągnęło w wir akcji, dramatu, który od ogrójca do postawienia przed sądem rozgrywa się u Bacha w sposób prawdziwie operowy? Po raz pierwszy faktycznie nad wykonaniem unosił się ten nieznośny pośpiech z ewangelii, wszak pojutrze pascha, trzeba się zwijać z zabójstwem, by móc w spokoju zasiąść w rodzinnym zaciszu przy wysprzątanym domu, wśród świeżo upieczonych ciast... Już otwierająca dzieło modlitwa "Panie, nasz Panie!" wstrząsnęła słuchaczami, wyrywając ich z pruderyjnej radości bycia wśród elitarnej grupy wybranych, którzy mogą, którzy przyszli, w garsonkach i oto słuchają. Tempo ma tu jednak znaczenie drugorzędne. Ono służy tylko interpretacji. Tempo jest odbiciem wewnętrznej zgody na twórcze oddanie drugiemu człowiekowi. Cóż to był za wstrząs, gdy nagle, tuż po ukrzyżowaniu akcja zamarła, ucichła, stanęła w miejscu, by napawać się umieraniem, konaniem z pośpiechu. Czyż nie jest to żywa tradycja? Słyszysz utwór i stwierdzasz, że wcale go do tej pory nie znałeś. Nie oceniasz, przyjmujesz deklamowaną prawdę, czując się jak na prawykonaniu współczesnego utworu. Czy chciałbym by wszyscy tak grali Bacha? Wątpię - w mojej duszy jest miejsce i na teatralność Wiliama Christi i na uczuciowość Johna Eliota Gardinera i na tajemniczość Rene Jacobsa. Dziś dziękuję sobie za tą otwartość. Jestem szczęśliwy.

BLOG

Strona 1 z 30