Adventure

Usiadłem do porannej lektury Szekspira. Bywają jeszcze takie dni, nie wymagające porannego zabiegania, rozkojarzenia. Dni pozwalające poczuć, że naprawdę żyjemy. O poranku wszystko jest ostrzejsze. Zapachy, ptasie koncerty, cisza. Świat istniejący obok naszego zabiegania. I kawa i Szekspir smakują lepiej, dosadniej, bo stają się najważniejszymi punktami porannego powrotu do życia. Nawet patetyczna szlafrokowość doskonale wpisuje się w krajobraz bez planu. Usiadłem do porannej lektury Szekspira, bez nadmiernych oczekiwań. Rozkoszowałem się pierwszymi promieniami słońca, w rytm popijanej nieśpiesznie kawy i zaciąganego nostalgicznego papierosa. "Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu..." Trwanie zawiesza się w czasoprzestrzeni, podlegając zupełnie innym prawom niż konieczność notorycznego udowadniania zasadności swego istnienia. Usiadłem do porannej lektury Szekspira, zanużając się w płomienną intrygę, o której do tej pory wiedziałem tylko, że "być albo nie być - oto jest pytanie". Może to dobre pytanie w kontekście późniejszych zdarzeń? Może z niego wynika cała niezręczność podejmowanych wyzwań? Oto jest pytanie! Niestety drogi Wiliamie, tego poranka nie dane było mi roztrząsać twych szaleńczych rozmyślań zbyt długo. Tuż po godzinie siódmej rozległ się dźwięk dzwonka w telefonie. Przeraźliwy, zdecydowanie do zmiany - bo jak można znosić "Carmnię Buranę" o 7 rano?! No nic, to się zmieni i to czym prędzej (może jakaś Arabeska Debussego?). Ale do sedna, do sedna, bo to moje wieczne odchodzenie od tematu przestaje być już zabawne! A więc (tak, zaczynam zdania od "ale" i "a więc" żeby nie być gołosłownym w swych preoracjach o wolności i emocjonalności). A więc rozlega się długi, przeraźliwy sygnał Carla Orffa, a po drugiej stronie słuchawki...Pan kurier z radosną nowiną - płyty "już idą, już idą!". Żegnaj więc drogi Szekspirze, żegnaj ptasie radio i Ty przejmująca ciszo. Oto nadszedł czas żniw. Czas na owoc pracy rąk naszych. Upragniony czas podsumowania, gdyż poza samą radością z osiągnięcia postawionego celu, nadeszła także refleksja i wzruszenie. Spotkanie z muzyką Naji Hakima prawdziwie odmieniło moje życie. Z każdą frazą, każdym współbrzmieniem harmonicznym, każdym zamysłem kolorystycznym czy formalnym, na nowo odkrywałem muzykę, jako sztukę przekazywania emocji, w najmniej zawaluowany sposób. Przypominałem sobie czym jest naturalny przekaz, bez sztywnych ram samej wiedzy, traktatów, trendów wykonawczych. Wpłynąłem w zupełnie nową przestrzeń dźwiękową, która obudziła we mnie dawno uśpione duchy. Radość z muzykowania, żywiołowość, świeżość w równej proporcji z mistycyzmem, jakąś niezrównaną subtelnością, którą przypisać możnaby tylko relacji matka - dziecko. Odkryłem dla siebie zupełnie nową przestrzeń sztuki, która wydawała się nieosiągalna...a może bardziej "nielegalna"? W świecie, w którym odczuwanie muzyki określa się mianem dyletanctwa, odnalazłem przewodnika, który udowodnił mi, że tylko przez szczerość, odwagę, kreatywność, otworzyć można wrota, za którymi czeka na nas pełen kolorów, zapachów, kształtów ogród. Ogród pełen obfitości. Ogród dziecięcych marzeń. Usiadłem więc do południowej audycji z Hakimem. Słuchałem bezkrytycznie, nieanalitycznie, nie doszukując się ewentualnych "słabszych fragmentów". Dałem się porwać dźwiękom, zapominając, że to gram ja, że wypadałoby mieć chłodne spojrzenie. Zapomniałem, że to On i ja. Pozwoliłem sobie na tą chwilę zapomnienia, w której nie jestem już "zawodowcem". I tego właśnie chciałbym Wam życzyć. Prawdziwej radości z obcowania ze sztuką - radości wolnej od nieszczerej fałszywej skromności, radości wolnej od krytykanctwa. Mój licealny przyjaciel mawiał niegdyś "z radością albo wcale". Tego wam życzę... "wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi".

BLOG

Peace

Doprawdy fascynuje mnie świat, w którym nic co ludzkie nie jest mi obce. Ot tradycja, kultura, to, że urodziłem się w tej części Europy ukształtowały moje myślenie na długie, długie lata. Bezwiednie powtarzane slogany, stają się w końcu częścią naszego światopoglądu. Oddam jednak sprawiedliwość swym przodkom - wpoili mi zasady, co do których żadna cywilizacja nie może mieć zastrzeżeń - szanuj bliźniego, kochaj swój kraj, broń wpojonego systemu wartości. Nie byłbym jednak w pełni sobą, gdyby wszystkie nieścisłości świata nie zaprzątały mi głowy w codziennej gonitwie. Granice przebiegające między społeczeństwami, odmienny kalendarz świąt, z goła różnorodne usposobienie, określają podział świata, w którym żadna idea, nie znajduje jednogłośnej aprobaty. Rozszczepienie kultury wschodu i zachodu w średniowieczu, stało się podstawą świątecznego dualizmu. Weźmy chociażby Boże Narodzenie, święto symbolizujące zwycięstwo światła nad ciemnością - dnia nad nocą. Gdy przysłowiowy zachód, dojada resztki grudniowych rarytasów, wschód szykuje się do styczniowych obchodów tego samego wspomnienia! Tradycja dzielenia cywilizacji, stała się nieodrodnym dzieckiem przekonań, które w gruncie rzeczy powinny do siebie przystawać, niemalże w każdej mierze. A jednak. A jednak wciąż napotykamy na dualizm, podważający wszelkie racjonalne przesłanki co do obchodzonego święta. Będąc kolejnym już pokoleniem wychowanym na "traumie wojennej" (historia, tuzin lektur o tematyce około wojennej) zdajemy sobie sprawę, z przewrotności losu, gdyż to co teoretycznie przynajmniej powinno nas łączyć - dzieli, ukazując karykaturalną stronę owego odwiecznego podziału. Zachód, za którym do niedawna tak ochoczo goniliśmy, świętuje zakończenie drugiej wojny światowej, zwycięstwo nad nazistowskimi Niemcami 8 maja, podczas gdy Wschód, którego członkiem (bez zbytniego entuzjazmu) do niedawna byliśmy, fetuje to wspomnienie dzień później - 9 maja. Małostkowe, zabawne, ale nader symboliczne. Gdy unicestwiamy wspólnego wroga, rozpoczyna się walka o prymat, o rację, której już nigdy nikt nie rozstrzygnie. Piszę o tym, bo i muzyka, która reprezentuje wszystkie cechy wszechświata - jest jak nieugięty fotoreporter - opisuje to zdarzenie w dwojaki sposób. Po zakończeniu działań wojennych, zarówno Amerykanie jak i Rosjanie zlecili napisanie wiekopomnych symfonii opisujących triumf każdego z mocarstw, dwóm fenomenalnym kompozytorom - po stronie zachodniej - Aronowi Coplandowi, po stronie wschodniej zaś Dymitrowi Szostakowiczowi. Znamienne, że po premierze dzieł, obydwu twórców spotkał ten sam los - Coplanda oskarżono o sprzyjanie komunistom, zaś Szostakowicza o hołdowanie zachodniemu kapitalizmowi. O jakże odmienne są to utwory! Odmienne, jak sposób radzenia sobie z traumą. Nie przystają do siebie w żadnym calu, choć biorą na wokandę tą samą tematykę. Mistyczna w swym wyrazie symfonia Coplanda zdaje się opisywać szczęście, jakim jest pokój na ziemi. Szeroko zarysowany, intymny motyw przewodni przenosi nas w świat wiecznego porządku, w którym dzielimy się swą różnorodnością. Kojące dźwięki Coplanda łagodzą traumę lat wojennych, podczas których zakwestionowano niemalże fundamenty człowieczeństwa. Szostakowicz daleki jest od medytacyjności, od wdzięczności za pokój. W komiczny niemalże sposób odmalowuje marsze wojskowe, rzucając w niepamięć podniecenie podczas tworzenia symfonii leningradzkiej. Być może to jest klucz decydujący o tej niewyobrażalnej odmienności estetycznej? Szostakowicz nie tylko był świadkiem działań wojennych, lecz wręcz znalazł się w centrum owej nieludzkiej zbrodni - Copland patrzył z perspektywy filozofa, obserwatora. Dwa odmienne światy - dualizm świąteczny, który nawet najwznioślejszej idei pokoju, nie daruje możliwości pojednania. "Treść tej nauki postawię na straży mojego serca. Nie idź jednak, bracie za śladem owych fałszywych doradców, którzy nam stromą ścieżkę cnoty wskazują, a sami tymczasem kroczą kwiecistym szlakiem błędów, własnych rad niepamiętni." /W. Szekspir, "Hamlet"/

BLOG

Białe bzy

"Szczęście jest czymś, co przychodzi pod wieloma postaciami, więc któż je może rozpoznać? A jednak chętnie bym wziął go trochę pod każdą postacią i zapłacił, co by żądano" /E. Hemingway/

Nie ma to jak pierwsze odgłosy wiosny. Świat oferujący dobro w obfitości. Natura nieskalana ludzką logiką budzi się na nowo, by wypełnić swoją misję, o której zapewne nie ma pojęcia. Staje na posterunku, by karmić, zachwycać, inspirować. Objawienie najczystszego dobra. Dobra, które rozkwita pomimo przeciwności losu - działalności człowieka. Tak, szczęście jest tym, co przychodzi pod wieloma postaciami. Jedynie w morzu quasi zapotrzebowań, którymi jesteśmy karmieni od świtu do nocy, ginie poczucie zadowolenia - zadowolenia z trwania, z bycia obserwatorem, z możliwości podziwiania cudów, jakie natura daje nam każdej wiosny. Świat dzieli się obfitością, wierząc w dobre intencje tych, którzy czerpią z niej pełnymi garściami. O tak, otacza nas dobrobyt, wielobarwność, których z niewiadomych względów stale się obawiamy. Wierzymy w raz obraną drogę, uznając wszelkie inne rozwiązania za niewłaściwe, nie zgodne z ogólnie przyjętą tendecją lub po prostu złe. Nazwanie innego sposobu myślenia, postrzegania świata - złem - jest dość wygodnym rozwiązaniem, gdyż wówczas to my i nasza wizja, za którą dość niezgrabnie podążamy, jest tą słuszną, prawowitą opcją, za którą możemy otrzymać tuzin pozłacanych medali. Na Boga! Czy faktycznie różnorodność, którą podziwiamy w budzącej się do życia naturze, jest tym przeciw czemu należy wzniecać krucjaty? Przywiązanie do trwania w zaklętym kręgu niepodważalnych przekonań czyni nas społecznie niepełnosprawnymi. No bo jakże spojrzeć czułym, otwartym sercem na drugiego człowieka, jak mu pomóc, jak go zainspirować, gdy jedyne co mamy mu do zaoferowania to pogarda dla jego zdania, myślenia, postawy życiowej? Emanujemy przekonaniami na odległość, determinując swoje codzienne wybory. Zawsze, jedyną odpowiedzią na pytanie - "czy to wykonanie jest dobre?" - jest zadanie pytania o to co nas w nim przekonuje. Być może wysłuchanie dziesięciu interpretacji tego samego utworu pozwoli nam spojrzeć inaczej, na to początkowo kontrowersyjne wykonanie. Otaczający nas świat emanuje swoim bogactwem, podczas gdy my chcemy pozostać na wieki ubodzy. Biedni, jednak przekonani o słuszności naszych osądów, w które wierzymy, depcząc przy tym uczucia otaczających nas ludzi. Czy potrafilibyśmy powiedzieć - należy wyciąć wszystkie kwitnące bzy, bowiem według podręcznika do biologii na świecie powinny rosnąć tylko brzozy i topole? O ileż uboższe byłyby majowe wieczory bez zapachu bzu? Ileż poematów, obrazów, pieśni i piosenek nigdy by nie powstało. Jak niewiele pozostało by do podziwiania. Czy więc w jakiejkolwiek działalności artystycznej człowieka, możemy pozwolić na wykluczenie pewnych przekonań w imię chwilowej ideologii? Jak długo zakrywać będziemy oczy przed tym co istnieje obok nas? Ignorowanie światopoglądu drugiego człowieka, ignorowanie odmiennych nurtów twórczych jest jedynie zamykaniem się w małym, ciemnym pokoju, z którego po pewnym czasie, nie będzie już wyjścia. Piękno, dobro przychodzi do nas pod wieloma postaciami, więc któż może je rozpoznać? Któż pozwoli nam je nazwać, określić jako piękne i dobre? Tylko my sami! Nie opinia publiczna, nie karcący głos rodzica - tylko my możemy określać co jest dobre i piękne...

P.S. A Bóg widział, że wszystko co uczynił było bardzo dobre!

BLOG

Gossip

 

"Love all, trust a few, do wrong to none" /W. Shakesperae/


Z niewiadomych względów najbardziej pociągają nas tajemnice. Plotki przekazywane z nadmierną egzaltacją, sensacyjne grzeszki, Ach, ten błysk w oku wiedzącego. To pragnienie podzielenia się czymś co ma, co dostał ze źródła, którego ujawnić nie może, by utrzymać napięcie chwili. Niesamowite, że to właśnie w tej furii szeptu, ściszonego, obniżonego głosu przekazać można tak wiele treści i to w sposób na wskroś emocjonalny. Intymnie niczym na obrazie Carravagia, w którym niewielka dawka światła odsłania tajemnice ludzkiego nieuporządkowania. Jakby w tej cichej konspiracji tkwiła siła obalająca nawet najskuteczniejsze argumenty, najgłośniej skandowane prawdy wiary. Może to intuicja? Bo gdy słuchamy szeptu, jesteśmy bardziej skupieni na treści, niż na samym kunszcie wypowiedzi? Może to po prostu zwykłe podniecenie, wynikające z faktu obcowania z czymś pozornie zakazanym? A może poczucie wyższości, gdyż znaleźliśmy się w kręgu osób zaufanych, którym można przekazać najskrytsze tajemnice o sobie i innych (no... tych drugich zwłaszcza!). Zadziwiające, jak wiele z tych często pozornie błachych informacji kodujemy w naszym mózgu na lata. Zapewne nie sama treść stanowi o tym, że nasz mózg tak skrupulatnie "notuje". Jest coś intrygującego w sposobie przekazywania informacji przez osobę podekscytowaną, zniżającą głos... już sam błysk w oku, zachęca do zapisania wszystkiego na twardym dysku pamięci! Myślę, że podobnie jest także z wykonywaniem jakiejkolwiek muzyki. Liczy się sposób w jaki wprowadzamy drugiego człowieka w intymny świat dźwięków. Gdy zaanonsujemy mu na początku, iż "wiemy jak to zrobić", zapewne trudno będzie mu wyłączyć "wewnętrznego, ironicznego sceptyka". Prowadzenie muzycznej narracji, to nic innego jak pełne pasji wyjawianie ukrytych tajemnic, których widz łaknie i pożąda bardziej niż jakiejkolwiek muzykologicznej tyrady. Szeptem do mnie mów - mów szeptem! Dzięki operowaniu dynamicznym światłocieniem, jesteśmy w stanie ukazać każde znane nam uniesienie emocjonalne, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Słuchanie muzyki to przekraczanie samego siebie. Sztuka ta być może w największym stopniu obrazuje to co niewypowiedziane, jednak w równej mierze wymaga od nas zaangażowania. Świadome słuchanie, to odnalezienie złotego środka między byciem w czasie, a poruszaniem się po orbicie muzycznego czasu utworu. Świadome słuchanie to porzucenie ego, które w czasie trwania kompozycji zatraca się na rzecz odkrycia fenomenu jedności współistnienia twórcy - wykonawcy - odbiorcy - świata. Słuchanie zaangażowane, to także odrzucenie wewnętrznej potrzeby krytycyzmu, który w wielkim stopniu definiuje naszą tymczasową osobowość (cóż, za kilka lat, to samo wykonanie może wydać nam się genialne, co świadczy tylko i wyłącznie o wcześniejszej stronniczości, podświadomym uprzedzeniu do pewnych konkretnych rozwiązań). W muzyce, tajemnica przekazywana jest poprzez gradację napięć, pewną grę agogiczną oraz kolorystyczną, które porównywać można zarówno do szeptu w mowie, jak i do techniki światło-cienia w malarstwie. W muzyce jednak jest ona mniej uchwytna, nie do końca zdefiniowana, dzięki czemu nabiera jeszcze większych rumieńców.

BLOG