Acceptus

Dzień składać się może z planu i anomali. Z zadań do wykonania i z libertynizmu. Słońce może trzymać się sztywnych ram wstawania i zachodzenia, choć cześciej woli niejasne, zawaluowane sytuacje, śpiąc w mglistych półcieniach. Noc daje ukojenie. Pozorne uśpienie w morzu inspiracji. Formalizm styka się z intelektualizmem tocząc cichą walkę z mocnym przeczuciem bytu. Ucieczki są jedynym rozwiązaniem. Zostawiam za sobą przeszłość, zamykam swą przyszłość, by w choć krótkim ułamku sekundy pożyć na koszt podatnika. Wyruszam w nieznane. Ten jeden jedyny raz. Wyruszam nie pragnąc, nie cierpiąc, nie zakładając, nie trzymając się grafiku, nie marząc, że może gdzieś, może kieydś... Mogę zatrzymać się w upragnionym miejscu. Pobiec za nieoswojonym lisem. Spóźnić się na ostatni autobus trzykrotnie. Oddychać jak długo i jak mocno zapragnę. Patrzeć i słuchać bez filtrów. Znajdywać drugiego człowieka. Poznawać go bez mylnego złudzenia i chęci wykorzystania. Ot, paradoks! W dobie wszechobecnych informacji, nadwiedzy, hiperprzekonań,  nie potrafimy się komunikować w sposób przekonujący. Czytamy podręczniki o asertywności, stale kolekcjonujemy traktaty o zasadach, nie pozostawiając przestrzeni dla tego co może wydarzyć się między dwojgiem zwykłych ludzi. Słuchamy ich już z nałożonymi filtrami, postrzegając każde słowo, każdy dźwięk poprzez pryzmat naszych krótkowzrocznych okularów. Niestety nie różowych. Jakby nasze życie miało tylko utwierdzać nas w raz utartych przekonaniach, ugruntowanych przesądem niepewnych prawd. Mam wiedzę mam prawo. Niesłusznie byłoby wykpiewać zdobycze ludzkiego umysłu, by wreszcie poczuć spokój. Nieroztropnie tak po prostu powiedzieć - wiem, choć to nie czyni mnie wolnym. Ile każdy z nas mógłby dać za to, by tak po prostu słuchać dźwięków muzyki bez konieczności oceniania. Dla samego doświadczenia. Przeżycia. Jak bardzo tęsknimy za muzyką, towarzyszką naszych emocjonalnych rozterek, gdy w głowie kotłują się nazbierane, skumulowane zasady, które źle zinterpretowane czynią naszą osobowość niemą! Nie ma konieczności stawania zawsze po jednej ze stron. Identyfikowania się z wrogimi obozami. Ich siła wygasa wraz z kolejnymi wykrzywionymi frazami. Osobowość twórcza zakłada poznanie tego co nas otacza, bez konieczności gwałtownej zmiany myślenia i odczuwania. Akceptuję to co otrzymuję, nie wyruszając na nie swoją krucjatę. Sięgam z pokorą po wiedzę nie traktując jej jak cudownego bożka. Bez tej samoochrony przed krótkotrwałymi modami, naleciałościami, będziemy całe życie miotać się z kąta w kąt, przeklianając nieszczęsny los, w którym niegdy nie jest "za dobrze". Dziś zabronią nam czuć - jutro wyśmieją naszą oziębłość. "Badania historyczne mogą dać nam wiedzę jakie instrumenty powinny być użyte, a czasem nawet dość dokładne informacje o tym, w jaki sposób mamy się nimi posługiwać. Jednak odległość dzieląca tą wiedzę od jej akustycznej realizacji pozostaje na tyle wielka, iż może być pokonana jedynie przez znaczny wkład inwencji i muzykalności. Decyzja o ich użyciu zapada niemal automatycznie, tak że dla wykonawcy fakt ten z reguły pozostaje niezauważony. Nie dostrzega on, iż jego wykonanie, dajmy na to soanty fletowej Bacha, jest czymś więcej niż zastosowaniem do barokowego fletu wskazówek wykonawczych Quantza we właściwych warunkach akustycznych. [...] Utwór muzyczny dopuszcza o wiele większą swobodę wykonawczą niż jego konkretni odbiorcy. Jego wykonanie może w swoim zamiarze wychodzić na przeciw ich przeświadczeniom i oczekiwaniom lub próbować je zmienić, lecz, jeśli ma posiadać jakiekolwiek znaczenie, nie może ich całkowice ignorować." /D. Leech-Wilkinson/. W wykonywaniu muzyki zachodzi czysta relacja - utwór - muzyk - odbiorca, w której poznanie nie jest obciążone falą przekonań i uprzedzeń.

BLOG

Divine fear

Graj mi czule, ciepło, z ręką na sercu. Przysięgnij, że nie istnieje nic poza tą chwilą. Tą jedną krótką godziną, w której już nie liczę się ja, ani Ty, ani żadne założenia. Dźwięki spowijają nas bezwarunkowo, bez tej ogromnej masy przekonań. Przychodzą i odchodzą, jakby nigdy nie były nasze. Ciążą ku ziemi i odlatują. Są wolne. Nie zamykaj ich dla mnie w domowej klatce. Nie zaklinaj wszechświata. Muzyki nie można posiadać. Można ją czasem oswoić. Można. Czasem, choć zawsze będzie to związek otwarty, w którym oddycha się jakoś swobodniej - całą piersią, całą Jaźnią. Bez przywiązania. Bez zazdrości. Graj mi czule. Tylko graj mi czule. Przenoś mnie tam, gdzie bywa się tylko na westchnień pare. Afektów kilka poza czasem i przestrzenią. Chwilo trwaj, bez lęku przed konsekwencjami. Z lęku nie rodzi się nic trwałego, konstruktywnego, ponadczasowego. Lęk pozornie tylko odpowiada za przetrwanie. Daje złudną nadzieję ochrony, bezpieczeństwa, stabilności. Ceną jaką płacimy podążając za tym niskim uczuciem jest zdrowe życie. Staczamy się w otchłań przerażenia, w której z trudem się oddycha, a co tu dopiero mówić o tworzeniu. Stąpamy po rozżarzonych węglach, bacznie obserwując swoje chwiejne kroki. Cel nie istneje, bo przetrwanie to marna zapłata za wysiłki w walce ze sobą i światem. Niepewność. Przestrzenność materii. Głuche odgłosy samotnych kroków. A czasem wystarczyło by tylko spojrzeć w górę, by uwierzyć w istnienie innego świata. Tego o którym z zapartym tchem czytasz w ekscytującej powieści. Tego, o którym czasem masz dziwną pewność, że istnieje, choć nie potrafisz go nazwać. A i słusznie. Nazywanie to zgubna droga. Coś raz nazwane pozornie staje się "poznane", "okiełznane", "moje". Nabiera cech rzeczy, którą nabywam dla jakiejś dzisiejszej korzyści. Rośnie liczba przymiotników dla opisania jej jestestwa, po czym nieuchronnie przybywa skostniałe rozczarowanie - to już? Tyle? Muzyki nie zdobywa się jak trofeum. Nie stawia się jej na trzystopniowym podium. Nie segreguje się jej nawet na "dobrą", "lepszą", "najlepszą". Po prostu jest, i to sprawia, że cuda stają się możliwe. Zarówno kompozytor, wykonawca jak i meloman - wszyscy jesteśmy słuchaczami, obserwatorami. Nie istnieje hierarchia dostępu. Kod którym się posługujemy oddziałuje podskórnie przez zmysły, nie przez same tyrady analityczne. Muzykę czujemy w kościach, w brzuchu. Nikt nie pyta ile nad nią pracowaliśmy, jak jej poszukiwaliśmy, gdzie ją znaleźliśmy. Bezsprzecznie liczy się tylko ostateczny efekt. Sięgamy po piękno, które jest gdzieś ponad nami, lecz nie poza nami. Wchodzimy w świat idei, które nigdy nie będą do końca nazwane, dookreślone, sprecyzowane. Graj mi pięknie, jak jeszcze nigdy przedtem - bardziej niż "kiedyś", "potem". Bądź ze mną tą krótką chwilę, w której znamy się i rozumiemy. Intymnie. Pozawerbalnie. Na przekór argumentom. Zatopmy się w idei. Graj mi czule, graj mi ciepło..."Mistrzowie promieniują poprzez idee, ich rzemiosło jest tutaj zwykłym środkiem, niczym więcej. To ich idee pozostają. Oto co sprawia, że jest zawsze dobre i wydaje się naturalne. [...] Kto ustanowił prawdy rządzące Sztuką? Kto? Mistrzowie? Oni nie mieli prawa do tego i nieuczciwie jest przyznawać im tę moc. Mistrzów nie uczyniono żandarmami ani dozorcami czy innymi urzędnikami. Bądźmy artystami nie chcąc tego. Idea może obejść się bez Sztuki..." /E. Satie/.

BLOG

Jestem. Czuję.

"No i właśnie sopran mógłby być tym przeciwnym biegunem, do którego... w którym... Nie... z którym łączy się kontrabas. Tak nierozerwalnie - quasi, gdzie przebiegałaby taka iskra muzyczna między jednym biegunem, a drugim, między basem a sopranem, tam wysoko na górze, na tej niebiańskiej wysokości, kosmicznie, seksualnie, erotycznie, nieskończenie podniecająco. A równocześnie uwiązana w polu przyciągania drugiego bieguna, który wywodzi się z tych ziemskich korzeni kontrabasu... /P. Suskind "Kontrabasista"/

Doprawdy nieważne jak bardzo jesteśmy przekonani o słuszności obranej przez nas drogi. Zawsze, jak mantra, leitmotiv, dopada nas pytanie - po co ja to robię? Czy na pewno to w co wierzę jest moje, czy przyjmuję tylko to co dochodzi do mnie ze świata zewnętrznego? Wbrew pozorom, mało czasu w blogowych zapisach poświęciłem intuicji, której ufam bardziej niż wszystkim wielkim podręcznikom i poradnikom. Może ogólnie panujące przekonanie, że intuicja jest passe, i że co najwyżej może oznaczać brak profesjonalizmu wpędziła mnie w lęk przed przyznawaniem się do podążania częściej za tym co czuje, niż za tym co wiem. Wiedza bowiem wbrew obiegowej opinii, jest czymś niestałym, zmiennym. Wiedza staje się nieaktualna wraz z każdym kolejnym odkryciem, po którym wierzymy już tylko w to co usłyszeliśmy nowego na dany temat. Następuje wyśmianie i wykluczenie tego, co jeszcze kilka lat temu stanowiło podstawę egzystencji w świecie /jak oni mogli w to wierzyć?/. Wiedza zatem nie jest też prawdą, której nie moglibyśmy w każdym momencie podważyć. Z filozoficznego bowiem punktu widzenia - prawda - jest dobra sama w sobie, więc w swej naturze jest też niezmienna. Aby kierować się prawdą, trzeba jednak sięgnąć do wewnętrznego "ja", które dzięki swej wyjątkowej intuicji, może czynić nasz świat piękniejszym, wyjątkowym, wznioślejszym. Im więcej "nas" w nas, tym więcej "życia" w życiu. Ponieważ muzyka posługuje się przede wszystkim intymnością, empatią, komunikuje się ze współsłuchaczem na zupełnie innym poziomie niż konwersacja, czy obraz - intuicja jest najważniejszym składnikiem aktu twórczego. Nie trzeba tu wielu naukowych eksperymentów, by obronić tą górnolotnie brzmiącą tezę. Żadna umowa między muzykami - ustalenia, perfekzjonizm, wyćwiczenie - nie zastąpią bycia tu i teraz, oddziaływania na drugiego człowieka za pomocą Jaźni. W dobrym zespole, to co stanowi całą ekspresję wykonania, pozostaje w sferze niedopowiedzeń. Bez sztywnego dookreślania funkcji i znaczeń. To co ja daję, umacnia zespół - to co przyjmuję, inspiruje mnie do wchodzenia coraz głębiej w nieznaną rzekę barw i dźwięków. Żaden, nawet najgenialniejszy "pomysł na sztukę", nie zastąpi spontaniczności i radości muzykowania. To fascynujące, jak z niektórymi artystami potrafimy komunikować się bez tysięcy słów i znaków, bez wyjaśniania kolejnych kroków, bez brutalnego dookreślania zwolnień, zamyśleń, euforii. Jesteśmy. Po prostu stoimy obok. Doświadczenie to przypomina wspólną wędrówkę w góry. Podążanie za towarzyszem, wyznaczanie mu nowych ścieżek. Wspólna ekscytacja odkrywanym krajobrazem, bez konieczności opisywania tego za pomocą słów. Tylko to wszechogarniające uczucie - dobrze, że jestem tu z Tobą! To czego nie potrafimy opisać, co wymyka się prostej segregacji wrażeń, potwierdza istnienie cudów - tak w życiu jak i w muzyce. Jestem. Czuję. Nie mam potrzeby by to wyjaśniać. Jestem cały. Intuicja prowadzi mnie tam, gdzie wiedza zabrania mi zajrzeć. Odziera mnie z lęku przed nowym, niedookreślonym, nieopisanym. "Po co ja to robię? Bo chcę z pasją coś ludziom opowiedzieć" /J. Stuhr/. Intuicja może otworzyć okna, drzwi, aż wreszcie pomoże nam się wydostać z szablonu postępowania, które tak na prawdę, nigdy nie było "naszym"...

"I dlatego powiedziałem, że orkiestra jest wiernym odbiciem społeczeństwa... Bo tak tu jak i tam, istnieją Ci od gównianej roboty, poniżani i gnębieni przez innych [...] Można, przynajmniej teoretycznie, jeszcze mieć nadzieję! Ale nie w orkiestrze, nie, tu nie ma żadnej nadziei, bo tu panuje surowa hierarchia umiejętności, hierarchia raz podjętej decyzji, zgodna z prawami natury hierarchia brzmień i tonów. Błagam państwa, nie dajcie się nigdy wciągnąć w żadną orkiestrę." /P. Suskind, "Kontrabasista"/

BLOG

Tabula rasa

"Kiedy dostrzegamy wewnętrzną doskonałość czegoś i prawdziwie to kochamy, stajemy się z tym jednością. W rzeczywistości braki są nieodłączną częścią tej doskonałości, wszystko co widzimy we wszechświecie, jest w trakcie procesu stawania się. W tym procesie dokonująca się nieustannie ewolucja jest także częścią tej doskonałości" /D. R. Hawkins/   

Ach! Początki roku przesiąknięte są chęcią i wiarą w wielką, magiczną przemianę. W naszej świadomości, jak grzyby po deszczu, wyrastają tysiące możliwości, które moglibyśmy z całym przekonaniem wykorzystać. Stać się asertywnym, przewlekle optymistycznym, pewnym siebie, a i może czasem czegoś... Gdyby tylko świat wokół nas był przychylniejszy. W piramidzie zmian jednak, podstawę, integralną część i zwieńczenie stanowimy my sami. Nie otaczająca nas rzeczywistość, w której pokładane nadzieje, topnieją z dnia na dzień. Przemiana wiąże się z odwagą zmierzenia się ze swoimi wcześniejszymi przekonaniami, które traktowane jak świętość, zatruwają radość życia i tworzenia. Należy to zrobić tak i tak, bo wierzę w to i to...lub bo dla mnie najważniejsze jest to i to. Takim sposobem sami zakleszczamy sobie możliwość sięgnięcia głębiej, zamykamy drogę szerszego poznania, która nie zakłada, że za 2 km zobaczymy to, a na samym szczycie będzie widać naszą małą chatkę. Może to nawyk szperania w internecie przed wyprawą - tak żeby sprawdzić gdzie jedziemy, co zobaczymy, ile zajmie nam to czasu. Zazwyczaj idealne zdjęcie pod względem czystej impresji wygrywa z tym co doświadczamy "na żywo". Dzieje się tak jednak ze względu na nasze wcześniejsze oczekiwania i nastawienie, nie zaś przez niezgodność z oryginałem. Co było pierwsze - jajko czy kura? Współczesność każe nam mieć jakieś konkretne przekonania, dzięki którym będziemy "kimś", będziemy mogli się pod czymś podpisać. Kiedy więc postanawiamy coś zmienić w życiu (było niebyło - naszym życiu) napotykamy na lęk przed utratą tożsamości, a może raczej przed utratą twarzy w oczach tych innych. Całe życie tak myślałem o sztuce - jak mogę się tego wyrzec dla irracjonalej potrzeby radości, ponownego odczuwania? Pół życia spędziłem na utwierdzaniu swej wiedzy, plasowaniu się po jednej ze stron wykonawczych, obronie "własnych" (czyt. wpojonych) przekonań. Zmieniać je teraz dla chwilowego zrywu zrodzonego z noworocznych bąbelków? Tym co przekonuje do zmiany jest jedynie dziecięca niewinność. Radość i ekscytacja muzykowania, bez konieczności wyrabiania sobie zdania: a) na temat danego kompozytora, b) na temat sposobu wykonania, c) na temat nieomylności zdobywanej wiedzy. "Kiedy dostrzegamy wewnętrzną doskonałość czegoś i prawdziwie to kochamy, stajemy się z tym jednością". Dziecku bliżej do tej wyjątkowej jedności, bo i okna i drzwi w jego wewnętrznym mieszkaniu, wciąż jeszcze są otwarte, chłonne, gotowe na doświadczanie. Ile to już razy zakładaliśmy jakąś myśl wykonawczą, bez możliwości poszukiwania. To rodzaj drogi na skróty - siadając do instrumentu, partytury - już wiemy co mamy zrobić, a więc nasza praca przy klawiszach, na strunach czy z batutą - pozostaje już tylko mozolnym, mechanicznym wbijaniem na prędce wybranej wersji. Wówczas częściej chodzimy ćwiczyć niż grać. Każde odstępstwo od założeń spychamy na kark braku skupienia, lub podpisujemy pod niedoskonałość, którą należy wyćwiczyć. I z naszej jedności z kompozytorem i utworem nie pozostaje już nic, poza wspomnieniem pierwszej miłości, która z biegiem lat staje się zgorzkniałą frustracją. Wewnętrzna doskonałość prowadząca do jedności z dziełem, odpowiada za te wyjątkowe, niewytłumaczalne chwile, dla których wciąż jeszcze muzyka istnieje. Zmiana perspektywy - z dyktatora na towarzysza, z gwiazdy w muzyka - czyni wykonawców ponownie niewinnymi dziećmi, które dzięki poszukiwaniu i odnajdywaniu, bez tej obsesyjnej presji sukcesu i "racji" żyją pełniej i szczęśliwiej. Ach, początki roku napawają nadzieją, są jak jasne, przejrzyste, ekstatyczne wstępy do dramatycznych symfonii, w których zawsze czeka się na finał. Potem zawsze pozostaje już tylko tęsknota za tym wyjątkowym, kilkutaktowym wstępem...

BLOG