Re

Wszystko już zostało odkryte powiadają niektórzy. Zarówno w kwestiach kompozytorskich jak i w historycznych. Kogo mieliśmy odkryć to odkryliśmy. Co mieliśmy poznać tośmy poznali. Cuda już były, a teraz już tylko praca u podstaw. Wielka historia dzieje się poza nami. Droga jest prosta, precyzyjnie wyznaczona. Tak-tak, nie-nie. Oczywistości stają się niepodważalne. I tak w utartym kanonie wszelkie odstępstwa traktujemy jak gruszki zakwitłe na wierzbie. Jednak egzytsowanie w okowach sztuki jest jak podróż przez kolejne pory roku, obchodzenie wciąż tych samych, dobrze znanych świąt, które stają się emblematem przemijania. W powtarzalności, która zewsząd nas otacza jedyną niewiadomą jesteśmy my. Jak zawsze. Potencjał ludzki - nieobliczalny, niestatystyczny. Czy pozwolimy sobie na nowe odczytanie tego co już tak doskonale znamy? Czy ta dobrze znana podróż może kryć w sobie jakieś inne światy? Czy z materiału, który posłużył za nie jedno przebranie, można wykroić dzieło okraszone nowym blaskiem słońca? Tylko w człowieku tkwi siła przeobrażania. W jego odwadze, i potrzebie przekraczania granic. Odkrywanie na nowo jest jedyną sensowną domeną twórczą. Innowacyjność sama z siebie nie staje się nośnikiem emocji, motorem rozwoju. Jedynie w kontekście stałości, konserwatyzmu, zyskuje swój niepowtarzalny blask, sens. Podobnie z resztą jest z dysonansem, który nabiera szczególnego znaczenia właśnie dzięki swemu przeciwieństwu- konsonansowi. Dysonans, który staje się normą, przestaje przerażać, przestaje oddziaływać - nigdy nie stanie się "nowym konsonansem" do którego odnieść by można kolejne innowacyjne zabiegi. Dlaczego zatem awangarda bała się konsonansu jak diabeł święconej wody? Być może wiąże się to z zagadnieniami filozoficznymi i rozumieniem rozwoju jako procesu tworzenia rzeczy wciąż nowych, niespotykanych, zindywidualizowanych, transcendentalnych, niewyobrażalnych. Odkrywanie na nowo zyskało wręcz miano pastiżu, który w swym ostrym, pejoratywnym znaczeniu szybko zawładnął umysłami krytyków, a w konsekwencji także kolejnych pokoleń kompozytorów, wykonawców i melomanów. Odkrywanie na nowo wymaga obserwacji, skupienia, medytacji, ale i otwartości i odwagi. Ile razy zdarzało się, że czyjeś wykonanie jakby "otworzyło nam uszy", jakbyśmy słyszeli znany utwór po raz pierwszy w życiu? Ile zaś świetnych utworów znikało ze scen z powodu nieprzekonujących wykonań? Piszę te słowa ogarnięty niewytłumaczalnym szczęściem, zawładnięty w całości przez nowe nagranie Requiem Mozarta poprowadzonym przez Rene Jacobsa. Jego ekstremalnie emocjonalne, odważne interpretacje potrafią wyrwać z marazmu nawet korporacyjną mumię. To wiedziałem wsłuchując się w utwór, który z trudem po tylu wykonaniach mógłby mnie zachwycić. Nie wiedziałem, że to co usłyszę faktycznie otworzy mi oczy i uszy! Odstawiając na boczny tor fantastyczną interpretację, przyjrzyjmy się "nowemu Requiem", które dokończył nie Sussmayr, a młody francuski kompozytor Pierre Henri DUTRON! Natura każe mi sceptycznie podchodzić do tego typu przedsięwzięć. Zarówno dopisane zakończenie Wielkiej Mszy c- moll, jak i próby "reorkiestracji" koncertów Chopina kończyły się fiaskiem, bo któż byłby w stanie dorównać tak niewytłumaczalnym geniuszom? To co skomponował Sussmayr na stałe weszło w skład Mozartowskiego Requiem i mimo wolnie przestało kłuć w oczy swymi brakami kontrapunktycznymi i emocjonalnymi. Jakie zdziwienie ogarnia człowieka gdy nagle czekając na dobrze znaną frazę, otrzymuje w zamian motyw którego nigdy w życiu nie słyszał. Dobry, lepszy? Ta ocena przychodzi zdecydowanie później, na chłodno. W pierwszym odruchu niemal automatycznie cofamy nagranie by sprawdzić czy faktycznie słyszeliśmy to co nam się zdawało! Dutron fenomenalnie operuje słowem, niczym mistrz barokowego afektu. W świecie Mozartowskiego kontrapunktu czuje się jak ryba w wodzie. To co dzieje się w Tuba mirum czy w Recordare uzmysławia słuchaczowi jak wielki potencjał wciąż drzemie w szczątkowym zapisie Mozarta. Dutron śmiało wkracza w grę środków operowych, stąd tak silne oddziaływanie arii z "Don Giovanniego". Nie są to pospolite błyskotki, a fantastyczne figury retoryczne, które wzmacniają silnie dramatyczny afekt. Mozart, mistrz opery nie powstydziłby się tak zarysowanych linii akompaniamentu orkiestrowego. Słyszymy zupełnie nowe Sanctus i Benedictus, którym blisko do salzburgskich mszy Mozarta, pozbawionych patosu, pełnych wdzięku i lekkości. Jest w tym wszystkim jakaś niewypowiedziana świeżość, bo nie można powiedzieć żeby Dutron po prostu kopiował styl klasyczny. Raczej nienachalnie, niczym renowator odsłania spod warstwy kurzu i ingerencji ludzkiej pozłacane figury wielkich proroków. Oczywiście, wszystko dopełnia esencjonalna, porywająca interpretacja, obok której (jak zawsze z resztą u Rene Jacobsa...) nie można przejść obojętnie. Nigdy nie myślałem, że Requiem Mozarta będzie mogło mnie jeszcze wzruszyć, przerazić, wciągnąć, przemówić. A jednak, dzięki temu wykonaniu odkryłem klasyka na nowo. Świat nigdy wcześniej nie zmieniał się tak szybko i tak jednokierunkowo. Dzięki reinterpretacjom, filary sztuki i szeroko pojętej kultury nie chwieją się w posadach, a stają się raczej latarniami morskimi dla odwracającego się od humanizmu świata. Doświadczenie przemiany uzmysławia nam, jak wielka siła drzemie w sztuce.

BLOG

Premier Ton

Nie patrz wstecz. Pryzmat w muzyce ma znaczenie. Niech przestrzeń wypełnia się paletą barw. Niespiesznie. Daj się zasłuchać. Wyjdź z więzienia przekonań i porywczych osądów. Stań w pozycji obserwatora. "Niezależnie od tego, jak bardzo więzienie jest pozłacane, i tak pozostanie ono więzieniem - odrażającym, pozbawionym powietrza i słońca, być może pełnym słodkich snów i masek połyskującej ideologii. Mimo, że może pozwolić na przeżycie, pozostaje zawsze tylko więzieniem. Więzieniem dla ducha, dla zastraszonej i drżącej natury..." /K. Charamsa/. Nasze małe więzienia karmią się lękiem przed własną kreacją, przed odpowiedzialnością, przed konfrontacją ze światem zewnętrznym. Myśleliśmy przez ponad pół wieku, że będziemy mogli posiąść całą wiedzę i zgodnie z jej prawidłami odrestaurować zastane dzieła Bacha, Mozarta i wszystkich po drodze zapomnianych. Odnowa wskazywała prostą drogę do wyimaginowanego ideału, jakim była wierność prawdzie historycznej. Was ist warheit? - pytając za piłatem. Czymże jest ta prawda? W Ewangelii wg św. Jana czytamy, że prawda nas wyzwoli, jednak w tym przypadku przekroczyliśmy granicę zniewolenia. Nieodzownym bowiem paradygmatem prawdy jest jej poszukiwanie. Otwarcie się na możliwość zadawania pytań. Zaakceptowanie braku odpowiedzi. Przyzwolenie na podskórne, intuicyjne odczuwanie pulsu świata, na transcendencję w sztuce. Żaden prosty, sprawdzony przepis nie staje się drogowskazem na wieki. Ot, kolejny punkt, etap w poszukiwaniach. Zdobywanie kolejnych szczytów, które nigdy nie staną się celem. Co dzieje się gdy muzyka wpada w sidła segregacji i uproszczeń? Dokładnie to samo co z religią i wiarą: traci swój niewytłumaczalny pierwiastek mistyczny. Gdy sól straci swój smak, czymże ją posolić (Mt 5, 13)? Gdy wykonawca odmawia sobie podstawowych atrybutów swojej muzycznej egzystencji, bazujących na intymności, emocjonalności, wyobraźni, a więc na cechach indywidualnych, dzięki którym mówimy o Chopinie Zimermana, Liszcie Marthy czy Bachu Gardinera, na czym będzie polegał sens jego prosperowania? Na niemiłosiernym odtwarzaniu? Na galopie z szeroko zamkniętymi oczami? „Nagrywanie dźwięku, udźwiękowienie filmów i wideo czy ściąganie plików mp3 z Internetu przewartościowały nasze słuchowe myślenie” /Richard Cullen Rath/. W świecie u progu epoki sztucznej inteligencji, muzyka w sensie technicznym, wykonawczym, a nawet w aspekcie szczegółowej realizacji wskazówek kompozytora będzie mogła zaistnieć bez ingerencji wykonawcy. Przykładem jest częstokroć dzisiejsza muzyka filmowa, rozrywkowa, w której partie instrumentalne powierzone są samplom, doskonale i tanio realizującym kolejne nagrania. W przyszłości pozwoli to idei czystej muzyki osiągnąć swój zamierzony cel. Cel eliminacji zbędnej egzaltacji artysty, którego interpretacja zaciemnia fasadę kompozycji. Pozostanie tylko odbiorca. Podobnie jak w przemyśle, rolnictwie i wielu dziedzinach życia, które dzięki lub poprzez rozwój odwróciły piramidę konstrukcyjną społeczeństwa kładąc większy nacisk na handel i popyt niż produkcję. Na tą drogę wkraczaliśmy stopniowo, eliminując typowo ludzkie aspekty wykonawstwa muzycznego. Rozwój techniki pozwolił nam dziś na stworzenie nagrania idealnego nawet ze średniej jakości materiału. Tysiące połączeń tworzy laboratoryjną formę muzyczną. Interpretację można stworzyć poruszając gałką w lewo i w prawo. Efekt? Produkt idealny, choć mniej przekonujący niż nagrania Rubinsteina, nie pozbawione uchybień tekstowych. Pytanie, czy taka muzyka odpowiadająca wymaganiom książkowym i obiegowej opinii będzie miała rację bytu w świecie sztucznej inteligencji. Fenomenem muzyki jest bowiem nie sam fakt jej istnienia, lecz oddziaływania, którego bez emocjonalnego zaangażowania, pewnej mistycznej aury, ukrytego sensu nie sposób stworzyć w laboratorium sztuki... Punktem wyjścia w twórczości jest zadziwienie,  z którego rodzi się fascynacja. Fascynacja pięknem ludzkiego umysłu.

BLOG

Navigation

"Nie można zabijać czasu, nie raniąc wieczności" /H. D. Thoreau/  

Muzyka jest sztuką dojrzałego operowania czasem. Wypełnianiem pustej przestrzeni przekonującą ideą. Tworzeniem imaginacji w konkretnie uwarunkowanej sytuacji. Pustka symbolizuje tu potencjał, jaki niesie ze sobą moment przerwania ciszy. Moment muzycznej inicjacji. Cisza zaś nabiera szczególniejszego znaczenia dzięki niezmąconej sile dźwięku. Zaznacza swoje istnienie dzięki kontrastowi, dzięki zestawieniu z wyobraźnią melodyczną, harmoniczną i rytmiczną. Dźwięk sprawia, że cisza staje się dostępna i potrzebna. Święty Ambroży opisywał to zjawisko porównując muzykę do szumu fal, których miarowość nie burzy ciszy, ale wręcz nadaje jej rytm i czyni ją słyszalną. Czas jest tu podstawowym czynnikiem. Jego odczuwanie przez odbiorcę może wyznaczać poziom ekscytacji, mistycznego wtajemniczenia lub...nudy i marazmu. Stąd niektóre wielogodzinne koncerty mijają nam w mgnieniu oka (ucha? sic.), inne zaś trwają w nieskończoność już od pierwszych taktów. "Nuda to jałowy bunt przeciwko bezruchowi" (F. Gross). Względność czasu. Pomimo, iż jego kreowanie jest jedną z najważniejszych umiejętności muzyka, zbyt często pomija się ten aspekt w procesie edukacji. Różne sposoby ćwiczenia, najzmyślniejsze patenty wykonawcze, ani nawet ilość godzin spędzonych przy instrumencie nie gwarantują nam odnalezienia się w przestrzeni dźwiękowej. Warto zastanowić się czy w procesie "uspartawiania" muzyki w trakcie wielogodzinnych potyczek, składających się z niezliczonej rzeszy powtórzeń, ucho i umysł muzyka mogą być rzeczywiście aktywne. "Myśli moje usypiają gdy je trzymam w siedzącej pozycji, umysł nie chce iść sam, o ile nogi go nie niosą." Czy poszukiwanie czasu ma miejsce tylko przy instrumencie? Otworzenie się na słuch wewnętrzny, działający bez potrzeby fizycznej kreacji dźwięku umożliwia całościowe spojrzenie na problem czasu. Spowodowane jest to prostym faktem przenikania światów realnego i wyobrażonego. Czas muzyczny jest odbiciem sposobu życia. Jego kreowanie odbywa się na poziomie wyobraźni, wrażliwości. Poczucie pulsu łatwiej przyswoić regularnie spacerując lub oddając się codziennej medytacji niż posłusznie reagując na wielogodzinne ruchy wskaźnika metronomu, tej nieubłaganej protezy czasu. Jej nadmierne używanie zagłusza naturalną potrzebę stworzenia struktury metrycznej zgodnej z naszym wewnętrznym poczuciem czasu. Często więc w efekcie po odłączneniu tego sztucznego tlenu stajemy się bezradni, tracimy balans. W obliczu braku kontroli z zewnątrz uaktywnia się intuicyjne odbieranie czasu, który bez skojarzenia z rzeczywistością duchową chaotycznie poszukuje jakichkolwiek odniesień. Doskonałą receptą na niepewność jest ruch. Chodzenie przez swoją rozkołysaną miarowość, powtarzalność, stopniowość może pomóc narracji muzycznej. Spacerując, wędrując nadajemy sobie rytm, osadzamy się w deklamacji. Uwrażliwiamy się na obecność świata. Odsuwamy na bok lęk wynikający z potrzeby tworzenia czasu. Przeżywamy go, doświadczamy fizycznie, absorbując te doznania w kreacji muzycznej. Komponujemy utwór na nowo, w rytm naszych kroków wybijających puls wewnętrznemu słuchowi, tej niepowtarzalnej skarbnicy kreatywności. Czas jest darem zarówno dla kompozytora, wykonawcy jak i odbiorcy. Jest też najdelikatniejszą, najbardziej intymną sferą muzycznej kreacji. Wszystko bowiem zależy od charakteru. Naszego (wykonawcy) i kompozytora. "Nie można zabijać czasu, nie raniąc wieczności". Nie można zabijać, spłaszczać czasu, nie dewastując dzieła muzycznego. Nie można zaćwiczać czasu wbrew wewnętrznemu metronomowi. Trzeba kreować czas, by każda muzyczna chwila stawała się obrazem wieczności.

BLOG

Summa

Summa summarum. W poszukiwaniu artystycznej doskonałości.


Myślę czasem o tych wszystkich wykluczających się wymaganiach dotyczących artystów, wykreowanych przez społeczne stereotypy.
A żeby był skromny. Historia muzyki najwoli tych co za życia mieli nie lada problemy z utrzymaniem, nie mówiąc już o jakimkolwiek uznaniu.
Najlepszy kompozytor to martwy kompozytor. Taki któremu pomniki stawiać można z lekkim sercem. Taki cichy, pokorny, niezauważony, doskonale wpisuje się w romantyczny mit artysty.
Koniecznie żeby był niezrozumiany przez ludzi swojego czasu. Co to za geniusz, który zbyt łatwo prezentuje swoje idee?
A to żeby był odważny. Przecież wchodząc na scenę musi zawładnąć umysłami i sercami odbiorców. Wyjątkowo trudne wyzwanie, zwłaszcza gdy na drugim końcu stoi pani z palcem wzniesionym ku górze-"Niech nie będzie zbyt pewny siebie! Nie przystoi!".
Czyli skromny, pewny siebie, ale nie za bardzo, żeby się w oczach innych nie pysznił, odważny, ale też nie za bardzo, bo gdzie wtedy podzieje się artystyczna niepewność.
Niechże ma swoje zdanie. Nie zbyt dosadne. Skrojone na miarę. Na miarę tęgich głów epoki.
Dobrze żeby posiadał całą możliwą wiedzę. Ważne żeby w nią wierzył, co by góry przenosił.
Co by w skrajność nie popaść niech czasem przekracza te granice, niech w ramach wiedzy posługuje się intuicją. Żeby było emocjonalnie. Bo za to go kochamy. Co to za sztuka w której nie leją się krople potu i damy nie mdleją z rozkoszy?
Ale! Ale nie za bardzo. Niech nie przesadza. Nie udaje, że niby tak mocno przeżywa taką prostacką frazę. Nie za dużo, nie za mało. Garniturek skrojony na miarę. Akuratny na każdą okazję.
Niech gra szybko, niech się dzieje. Trzeba tylko uważać żeby nie przesadzić. Niech z tym tempem dostosuje się do naszych potrzeb. Generalnie wolne fragmenty nie za wolno, szybkie zaś nie za szybko. Recepta jak znalazł.
Ważne żeby grał równo. Po to ćwiczył i po to tyle się uczył, po to biedny metronom wylewał ostatnie poty, żeby dziś mógł nam pokazać, że umie, że potrafi.
Istnieje jednakowoż ryzyko, że ewentualnie może się zdarzyć, że będzie za równo. Trzeba by rozbujać tą muzykę, poprowadzić frazę, grać con rubato, oczywistość taka, ale...
Ale niech pamięta, że generalnie powinien grać równo. Proste. Trochę tu wstyd pisać o oczywistych oczywistościach.
Jest mus żeby grał czysto. Nie po to słuchamy w domu idealnych nagrań, żeby na koncercie zawieść się tymi omskniętymi pasażami. Niech się kontroluje przecież! Ale... nie za bardzo.
Jak tak się kontroluje i pilnuje, to wszystko takie mdłe i nudne. Można by stwierdzić, że ewentualnie lekkie nieczystości mu wybaczymy, ale nie hipnotyzującą perfekcyjność idealnej pani domu.
Najtrudniejszym punktem będzie jednak ta osławiona interpretacja. Owszem, niech nas czasem szokuje. Czemu nie? Jak ma dyplom i konkursy za sobą? Proszę bardzo!
Niechże się tylko czasem zastanowi - "czy tak można?" - "czy to nie jest sztuczne?".
Czyż kompozytor nie napisał wszystkiego czego chce? Pewnie, że wszystko zależy od wykonawcy, nikt nie odmawia mu niektórych nadzwyczajnych praw, ale dlaczego ktoś musi burzyć tą naburmuszoną tradycję wykonawczą?
Niech gra!
Niech po prostu gra. My ocenimy.
Jak nie koncert to osobowość. Jak nie wykonanie to kompozytora. Jak nie interpretację, to strój, kąt nachylenia grzywki, poziom głośności oddechów.
Istnieje bowiem przepis na idealny koncert, zrodzony w każdym z nas z osobna...

BLOG