Peace

Doprawdy fascynuje mnie świat, w którym nic co ludzkie nie jest mi obce. Ot tradycja, kultura, to, że urodziłem się w tej części Europy ukształtowały moje myślenie na długie, długie lata. Bezwiednie powtarzane slogany, stają się w końcu częścią naszego światopoglądu. Oddam jednak sprawiedliwość swym przodkom - wpoili mi zasady, co do których żadna cywilizacja nie może mieć zastrzeżeń - szanuj bliźniego, kochaj swój kraj, broń wpojonego systemu wartości. Nie byłbym jednak w pełni sobą, gdyby wszystkie nieścisłości świata nie zaprzątały mi głowy w codziennej gonitwie. Granice przebiegające między społeczeństwami, odmienny kalendarz świąt, z goła różnorodne usposobienie, określają podział świata, w którym żadna idea, nie znajduje jednogłośnej aprobaty. Rozszczepienie kultury wschodu i zachodu w średniowieczu, stało się podstawą świątecznego dualizmu. Weźmy chociażby Boże Narodzenie, święto symbolizujące zwycięstwo światła nad ciemnością - dnia nad nocą. Gdy przysłowiowy zachód, dojada resztki grudniowych rarytasów, wschód szykuje się do styczniowych obchodów tego samego wspomnienia! Tradycja dzielenia cywilizacji, stała się nieodrodnym dzieckiem przekonań, które w gruncie rzeczy powinny do siebie przystawać, niemalże w każdej mierze. A jednak. A jednak wciąż napotykamy na dualizm, podważający wszelkie racjonalne przesłanki co do obchodzonego święta. Będąc kolejnym już pokoleniem wychowanym na "traumie wojennej" (historia, tuzin lektur o tematyce około wojennej) zdajemy sobie sprawę, z przewrotności losu, gdyż to co teoretycznie przynajmniej powinno nas łączyć - dzieli, ukazując karykaturalną stronę owego odwiecznego podziału. Zachód, za którym do niedawna tak ochoczo goniliśmy, świętuje zakończenie drugiej wojny światowej, zwycięstwo nad nazistowskimi Niemcami 8 maja, podczas gdy Wschód, którego członkiem (bez zbytniego entuzjazmu) do niedawna byliśmy, fetuje to wspomnienie dzień później - 9 maja. Małostkowe, zabawne, ale nader symboliczne. Gdy unicestwiamy wspólnego wroga, rozpoczyna się walka o prymat, o rację, której już nigdy nikt nie rozstrzygnie. Piszę o tym, bo i muzyka, która reprezentuje wszystkie cechy wszechświata - jest jak nieugięty fotoreporter - opisuje to zdarzenie w dwojaki sposób. Po zakończeniu działań wojennych, zarówno Amerykanie jak i Rosjanie zlecili napisanie wiekopomnych symfonii opisujących triumf każdego z mocarstw, dwóm fenomenalnym kompozytorom - po stronie zachodniej - Aronowi Coplandowi, po stronie wschodniej zaś Dymitrowi Szostakowiczowi. Znamienne, że po premierze dzieł, obydwu twórców spotkał ten sam los - Coplanda oskarżono o sprzyjanie komunistom, zaś Szostakowicza o hołdowanie zachodniemu kapitalizmowi. O jakże odmienne są to utwory! Odmienne, jak sposób radzenia sobie z traumą. Nie przystają do siebie w żadnym calu, choć biorą na wokandę tą samą tematykę. Mistyczna w swym wyrazie symfonia Coplanda zdaje się opisywać szczęście, jakim jest pokój na ziemi. Szeroko zarysowany, intymny motyw przewodni przenosi nas w świat wiecznego porządku, w którym dzielimy się swą różnorodnością. Kojące dźwięki Coplanda łagodzą traumę lat wojennych, podczas których zakwestionowano niemalże fundamenty człowieczeństwa. Szostakowicz daleki jest od medytacyjności, od wdzięczności za pokój. W komiczny niemalże sposób odmalowuje marsze wojskowe, rzucając w niepamięć podniecenie podczas tworzenia symfonii leningradzkiej. Być może to jest klucz decydujący o tej niewyobrażalnej odmienności estetycznej? Szostakowicz nie tylko był świadkiem działań wojennych, lecz wręcz znalazł się w centrum owej nieludzkiej zbrodni - Copland patrzył z perspektywy filozofa, obserwatora. Dwa odmienne światy - dualizm świąteczny, który nawet najwznioślejszej idei pokoju, nie daruje możliwości pojednania. "Treść tej nauki postawię na straży mojego serca. Nie idź jednak, bracie za śladem owych fałszywych doradców, którzy nam stromą ścieżkę cnoty wskazują, a sami tymczasem kroczą kwiecistym szlakiem błędów, własnych rad niepamiętni." /W. Szekspir, "Hamlet"/

BLOG

Białe bzy

"Szczęście jest czymś, co przychodzi pod wieloma postaciami, więc któż je może rozpoznać? A jednak chętnie bym wziął go trochę pod każdą postacią i zapłacił, co by żądano" /E. Hemingway/

Nie ma to jak pierwsze odgłosy wiosny. Świat oferujący dobro w obfitości. Natura nieskalana ludzką logiką budzi się na nowo, by wypełnić swoją misję, o której zapewne nie ma pojęcia. Staje na posterunku, by karmić, zachwycać, inspirować. Objawienie najczystszego dobra. Dobra, które rozkwita pomimo przeciwności losu - działalności człowieka. Tak, szczęście jest tym, co przychodzi pod wieloma postaciami. Jedynie w morzu quasi zapotrzebowań, którymi jesteśmy karmieni od świtu do nocy, ginie poczucie zadowolenia - zadowolenia z trwania, z bycia obserwatorem, z możliwości podziwiania cudów, jakie natura daje nam każdej wiosny. Świat dzieli się obfitością, wierząc w dobre intencje tych, którzy czerpią z niej pełnymi garściami. O tak, otacza nas dobrobyt, wielobarwność, których z niewiadomych względów stale się obawiamy. Wierzymy w raz obraną drogę, uznając wszelkie inne rozwiązania za niewłaściwe, nie zgodne z ogólnie przyjętą tendecją lub po prostu złe. Nazwanie innego sposobu myślenia, postrzegania świata - złem - jest dość wygodnym rozwiązaniem, gdyż wówczas to my i nasza wizja, za którą dość niezgrabnie podążamy, jest tą słuszną, prawowitą opcją, za którą możemy otrzymać tuzin pozłacanych medali. Na Boga! Czy faktycznie różnorodność, którą podziwiamy w budzącej się do życia naturze, jest tym przeciw czemu należy wzniecać krucjaty? Przywiązanie do trwania w zaklętym kręgu niepodważalnych przekonań czyni nas społecznie niepełnosprawnymi. No bo jakże spojrzeć czułym, otwartym sercem na drugiego człowieka, jak mu pomóc, jak go zainspirować, gdy jedyne co mamy mu do zaoferowania to pogarda dla jego zdania, myślenia, postawy życiowej? Emanujemy przekonaniami na odległość, determinując swoje codzienne wybory. Zawsze, jedyną odpowiedzią na pytanie - "czy to wykonanie jest dobre?" - jest zadanie pytania o to co nas w nim przekonuje. Być może wysłuchanie dziesięciu interpretacji tego samego utworu pozwoli nam spojrzeć inaczej, na to początkowo kontrowersyjne wykonanie. Otaczający nas świat emanuje swoim bogactwem, podczas gdy my chcemy pozostać na wieki ubodzy. Biedni, jednak przekonani o słuszności naszych osądów, w które wierzymy, depcząc przy tym uczucia otaczających nas ludzi. Czy potrafilibyśmy powiedzieć - należy wyciąć wszystkie kwitnące bzy, bowiem według podręcznika do biologii na świecie powinny rosnąć tylko brzozy i topole? O ileż uboższe byłyby majowe wieczory bez zapachu bzu? Ileż poematów, obrazów, pieśni i piosenek nigdy by nie powstało. Jak niewiele pozostało by do podziwiania. Czy więc w jakiejkolwiek działalności artystycznej człowieka, możemy pozwolić na wykluczenie pewnych przekonań w imię chwilowej ideologii? Jak długo zakrywać będziemy oczy przed tym co istnieje obok nas? Ignorowanie światopoglądu drugiego człowieka, ignorowanie odmiennych nurtów twórczych jest jedynie zamykaniem się w małym, ciemnym pokoju, z którego po pewnym czasie, nie będzie już wyjścia. Piękno, dobro przychodzi do nas pod wieloma postaciami, więc któż może je rozpoznać? Któż pozwoli nam je nazwać, określić jako piękne i dobre? Tylko my sami! Nie opinia publiczna, nie karcący głos rodzica - tylko my możemy określać co jest dobre i piękne...

P.S. A Bóg widział, że wszystko co uczynił było bardzo dobre!

BLOG

Gossip

 

"Love all, trust a few, do wrong to none" /W. Shakesperae/


Z niewiadomych względów najbardziej pociągają nas tajemnice. Plotki przekazywane z nadmierną egzaltacją, sensacyjne grzeszki, Ach, ten błysk w oku wiedzącego. To pragnienie podzielenia się czymś co ma, co dostał ze źródła, którego ujawnić nie może, by utrzymać napięcie chwili. Niesamowite, że to właśnie w tej furii szeptu, ściszonego, obniżonego głosu przekazać można tak wiele treści i to w sposób na wskroś emocjonalny. Intymnie niczym na obrazie Carravagia, w którym niewielka dawka światła odsłania tajemnice ludzkiego nieuporządkowania. Jakby w tej cichej konspiracji tkwiła siła obalająca nawet najskuteczniejsze argumenty, najgłośniej skandowane prawdy wiary. Może to intuicja? Bo gdy słuchamy szeptu, jesteśmy bardziej skupieni na treści, niż na samym kunszcie wypowiedzi? Może to po prostu zwykłe podniecenie, wynikające z faktu obcowania z czymś pozornie zakazanym? A może poczucie wyższości, gdyż znaleźliśmy się w kręgu osób zaufanych, którym można przekazać najskrytsze tajemnice o sobie i innych (no... tych drugich zwłaszcza!). Zadziwiające, jak wiele z tych często pozornie błachych informacji kodujemy w naszym mózgu na lata. Zapewne nie sama treść stanowi o tym, że nasz mózg tak skrupulatnie "notuje". Jest coś intrygującego w sposobie przekazywania informacji przez osobę podekscytowaną, zniżającą głos... już sam błysk w oku, zachęca do zapisania wszystkiego na twardym dysku pamięci! Myślę, że podobnie jest także z wykonywaniem jakiejkolwiek muzyki. Liczy się sposób w jaki wprowadzamy drugiego człowieka w intymny świat dźwięków. Gdy zaanonsujemy mu na początku, iż "wiemy jak to zrobić", zapewne trudno będzie mu wyłączyć "wewnętrznego, ironicznego sceptyka". Prowadzenie muzycznej narracji, to nic innego jak pełne pasji wyjawianie ukrytych tajemnic, których widz łaknie i pożąda bardziej niż jakiejkolwiek muzykologicznej tyrady. Szeptem do mnie mów - mów szeptem! Dzięki operowaniu dynamicznym światłocieniem, jesteśmy w stanie ukazać każde znane nam uniesienie emocjonalne, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Słuchanie muzyki to przekraczanie samego siebie. Sztuka ta być może w największym stopniu obrazuje to co niewypowiedziane, jednak w równej mierze wymaga od nas zaangażowania. Świadome słuchanie, to odnalezienie złotego środka między byciem w czasie, a poruszaniem się po orbicie muzycznego czasu utworu. Świadome słuchanie to porzucenie ego, które w czasie trwania kompozycji zatraca się na rzecz odkrycia fenomenu jedności współistnienia twórcy - wykonawcy - odbiorcy - świata. Słuchanie zaangażowane, to także odrzucenie wewnętrznej potrzeby krytycyzmu, który w wielkim stopniu definiuje naszą tymczasową osobowość (cóż, za kilka lat, to samo wykonanie może wydać nam się genialne, co świadczy tylko i wyłącznie o wcześniejszej stronniczości, podświadomym uprzedzeniu do pewnych konkretnych rozwiązań). W muzyce, tajemnica przekazywana jest poprzez gradację napięć, pewną grę agogiczną oraz kolorystyczną, które porównywać można zarówno do szeptu w mowie, jak i do techniki światło-cienia w malarstwie. W muzyce jednak jest ona mniej uchwytna, nie do końca zdefiniowana, dzięki czemu nabiera jeszcze większych rumieńców.

BLOG

Geniusz

"Jeszcze nikt nikomu nie zabronił dążyć do doskonałości, no, może reżimy totalitarne, te owszem, nie życzyły sobie geniuszy, zapędzały twórców do propagandy, do rzeczy najmniej dla artysty stosownej, więc jeśli nikt nam nie broni rozwijać się i wychodzić poza obręb codzienności, która nie jest warta by o niej wspominać, to wykorzystajmy tę tak pięknie zaoferowaną nam możliwość. Ucieszyłem się kiedy stwierdziłem, że z kompozycji nie można żyć..." /Bogusław Schaeffer/

Zapadając z dżwięku w ciszę dostrzegam ulotność chwili. Niepoliczalność. Przestrzeń otwiera się na nowe, niespotykane doznania. Skroplona esencja łagodnie koi roztargniony rozum. Nic się nie stało. Przetrwaliśmy. Nie mogłem przejść obojętnie obok słów Schaefera, po prostu nie mogłem. Może to podziw dla odwagi, zachwyt nad ekscentryczną postawą twórczą. Nie mam pojęcia. Idea została zasiana, i kiełkuje od kilku niemalże letnich dni.  "Z kompozycji nie można żyć", ba! "ucieszyłem się, kiedy stwierdziłem, że z kompozycji nie można żyć". W obliczu wszechobecnej debaty na temat kształcenia muzyków - czy warto? czy znajdą się kolejne miejsca pracy? - słowa kompozytora, zdają się wręcz przywoływać nas do porządku. Zgłębianie sztuki, unoszenie się ponad codzienność, wymaga od młodego muzyka pogrążenia się w pasji, pójścia za wewnętrznym imperatywem twórczym. Artysta przedkłada sztukę nad wygodnictwo i komformizm. Wychodzi poza obręb codzienności, która jest tak błacha, małostkowa, że nie warto nawet o niej wspominać. Jeszcze nikt nie zabrobnił nam poruszać się po świecie muzycznym zgodnie z naszym wewnętrznym wyczuciem. Pytanie czy współczesny świat nie staje się totalitarny w swych jednoznacznych, "rozsądnych", "właściwych" rozstrzygnięciach... jednak to my decydujemy, z której prawdy utkamy swój świat. Może nam się tylko zdawać, że raz, słusznie wytyczona ścieżka, nigdy nie sprowadzi nas na manowce. Wszystko może nam się zdawać, gdyż chcemy wierzyć w to co, często nieświadomie wyznajemy. Niewytłumaczalność jest najcudowniejszym przymiotem zdarzeń. Nie musimy ich analizować, rozkładać na czynniki pierwsze, generalizować, czy próbować umiejscowić w jakiś sztywnych ramach. Transcendencja pozwala nam utrzymać żywotność ducha. Brak wytłumaczenia daje nam podniecającą możliwość zgłębiania, eksplorowania praw świata, przyrody, bez potrzeby oceniania. Zagłębianie się w muzyce jest dotykiem młodych kochanków, którzy intuicyjnie odnajdują drogę do uszczęśliwienia drugiej osoby. Nie potrzebują przewodników, wskazówek, wytycznych, czy nie daj Boże jakiegoś zmyślnego planu. Istnieją tylko dla tej chwili, która unosi ich życie ponad kurz codzienności. Jeśli myślicie, że to infantylne, obudźcie w sobie wspomnienia młodzieńczych pragnień, które są prawdziwym pulsem świata. Nie bez powodu przecież miłość w literaturze w głównej mierze reprezentowana jest przez obraz młodych, romantycznych kochanków. W ich niewinnym pragnieniu szczęścia twki siła zmieniania otaczającego świata - przeistaczania codzienności w ulotną chwilę trwania poza czasem. Muzyka jest dotykiem kochanka. Rodzi się z impulsu i tylko dla niego istnieje. Każdy dźwięk daje nam piękną możliwość wyjścia poza sztywne ramy codzienności. Wystarczy choćby dopuścić taką możliwość!

BLOG