Danse

"A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością."
/Konstanty Ildefons Gałczyński 1930/


Co począć, jak uzmysłowić światu, że piękno nadal istnieje? Jak udowodnić jego istnienie, skoro jego podstawowym atrybutem jest subiektywność? Lęk przed egzaltacją, przekraczaniem stosownych granic, stawia nas w odwrocie od humanizmu, usadawiając nas w nieznośnej stagnacji. Kimże jesteśmy by podważać dobrze znane prawa? Na czym polega zagadka współczesności, która pragnie uszanować tradycję, będąc jednocześnie odkrywczą? Mnóstwo dziś u mnie pytań, na które w tym krótkim tekście nie znajdę odpowiedzi. Wszystko można by zamknąć w dwóch słowach: pasjonat i idealista...które w związku z okrutnie nienaukowym swym podłożem ledwo przechodzą nam przez przerażone, zaciśnięte gardło. Czy daliśmy sobie wmówić, że tylko to co naukowo potwierdzone, co zgodne z doktryną, może prowadzić do "Wysp Szczęśliwych"? Wykalkulowane spełnienie , przewidywalne, obliczone w tabelach prawdopodobieństwa, nie daje katarsis, a jedynie zimną namiastkę mitu. W każdej niemal dziedzinie życia poprzez odkrywanie stajemy się nowym człowiekiem, bez bilansu zysku i strat. Weźmy na przykład postawę pedagoga. Jego rolę w kształtowaniu młodego człowieka. Pięknie przedstawił ją Francois Mauduit w Operze Bałtyckiej w zmienionym libretcie "Dziadka do orzechów". Lifar, dawna gwiazda baletu paryskiego, obecnie jej dyrektor, wspomina ze wzruszeniem swoje przeżycia sceniczne; emocje, które dawał ludziom; emocje, które sam czuł. O dziwo Mauduit nie prezentuje wizji starego, zgorzkniałego tetryka, który tęskni za pustą sławą. O nie! Lifar jest wciąż szanowanym artystą, który budzi podziw i uznanie wśród Paryżan, co widać podczas wieczerzy wigilijnej na którą został zaproszony. To właśnie tam poznaje młodziutką, wrażliwą Klarę, którą postanawia wprowadzić w świat baletu, w świat opery. Nie poprzez nurzące wykłady i żmudne ćwiczenia. Porywa ją w cudowną, pełną przygód podróż, pokazując jak piękny, bogaty może być świat, gdy tylko zmienisz swój punkt widzenia. Taniec wciąż jest jego pasją, pomimo licznych kontuzji. Pasją, którą chce dzielić się z innymi ludźmi. Ucząc nie stawia siebie na pierwszym miejscu, lecz cudowną sztukę tańca, która łączy ludzi o różnych poglądach, w różnym wieku, różnych kultur. W toku przedstawienia Lifar stopniowo odchodzi w cień, a młodziutka Klara rozkwita, przeżywając swoje muzyczne uniesienia. Sztuka łączy, ma wyższe ideały niż karierowiczowstwo. Nie jestem ważny "ja", lecz piękno, którym się dzielę! I można by powiedzieć, że zbyt słodko i bajkowo, że życie wygląda zupełnie inaczej, że jest pełne mozolnej pracy, niezdrowej konkurencji, zazdrości, zawiści... A jednak każdy czasem pragnie wierzyć w drugiego człowieka, w świat, w społeczeństwo. Małe dzieci zakochują się w muzyce, tańcu, sztuce nie ze względu na sławę, lecz z racji ich magicznego oddziaływania. Dziecięca, niewinna radość, którą doskonale obrazują marzenia o Świętach Bożego Narodzenia. O choince, o lampkach, o ozdobach, o kolędach, o śniegu i o Świętym Mikołaju! Dorośli skupiają się na organizacji, gromadzeniu środków, gotowaniu, sprzątaniu... dzieci słyszą więcej, widzą szerzej, czują głębiej. Mądry pedagog, niczym opisany wcześniej niemal baśniowy Lifar, pamięta o tej młodzieńczej niewinności, pasji, które nie lubią czekać na uwięzi, aż "najpierw zrealizujemy podstawę programową".

BLOG

Krzyk

"Pragnęła za wiele jak na jedną, małą osobę, nawet boską, wszystkiego jej było mało. [...] Zbudowaliśmy piękną lecz logiczną konstrukcję, która rozwija się sama. [...] Panuje tu piękny hierarchiczny porządek. Jeden zjada drugiego, w ten sposób nie grozi światu tłok. Wszyscy rywalizują ze wszystkimi, to dobra motywacja do tego by się doskonalić. Wygrywają tylko lepsi, szybsi i bardziej bystrzy, lepiej przystosowani. Kto się zagapi: przepada. Kto ma głupie pomysły: wypada z gry. W ten sposób nie trzeba ciągle ingerować, daje nam to wytchnienie, system doskonali się sam..."/O. Tokarczuk, "Anna In w grobowcach świata"/

Marzenia. Marzenia o porządku i przejrzystości. O ładzie i prawidłach na których trzeba by zbudować swoją osobowość. O tych samych przebudzeniach i wykwintnie wyrównanych koszmarach. O prostocie oceniania. Tokarczukowa Anna In jest zaprzeczeniem kapitalistycznej segmentyzacji świata, w której nie mieszczą się takie pojęcia jak: osobowość, przekonania, poszukiwanie, brak odpowiedzi. W tym komputerowym algorytmie idealnego życia słowa te wywołują paniczny Error. A szkoda, bo mieszanka tych kilku wyrazów daje osobowość twórczą, sztukę. Czy istnienie artystów jest dziś zagrożone? Czy jedynym objawem konieczności kreacji jest postawa filistra? Wieki, lata cenzury, nie zniszczyły postawy artystycznej. Czy więc nasz XXI wiek z koniecznością posiadania recepty w każdym aspekcie, może uzurpować sobie prawo do szafowania sztuką? Jest w życiu artysty jakiś niewypowiedziany niepokój, który nie sposób zagłuszyć prostymi przepisami. Zapewne to właśnie owa nadwrażliwość, szukająca ujścia w dziele staje się problemem dla współczesnych, ze względu na swoją niepoliczalność, nieobliczalność, niewytłumaczalność. Artysta patrzy na świat przez pryzmat emocji, potem próbuje je zawrzeć w swoim dziele: obrazie, filmie, fotografii, wierszu, czy kompozycji. Bardzo często to, w jaki sposób twórca postrzega świat, jest uzależnione od światopoglądu epoki, w której tworzy. Zazwyczaj w buncie, w opozycji do zastanych przekonań przejawia się jego innowacyjność, wizjonerstwo. Dla nowych pokoleń sztuka opisuje, przekazuje założenia epoki, będąc żywym świadectwem czasów dawno minionych. Świat przekonań i wierzeń pradziadów odbija się w niej jak w lustrze wody... wszystko zależy od tego jaki prąd akurat przywieje. W czym zatem odbijemy się my? Fascynujące, że w neooświeceniu brak nam idei wyższych, wykraczających poza konieczność edukacji i zdrowego trybu życia. Poza nachalną potrzebę innowacyjności, szokowania, poszukiwania stale nowych podniet. Czy to wszystko odczytają potomni w odnajdywanych dziełach kultury? Jak sztuka będzie świadczyć o emocjonalmym stanie człowieka, społeczeństwa, narodów? Paradoksalnie, krzykiem jednostki w poszukiwaniu sensów stała się muzyka stojąca w opozycji, w kontraście do ułożonego, zagonionego, przeintelektualizowanego świata. Krzyk ma tu znaczenie symboliczne, jak wszystko co wiąże się z minimal music. Czy warto zapisywać coś, co dla przyszłych analityków okazać się może tanią szmirą? Przez swoje zaniechanie, prostotę, zwrócenie się ku komunikatywności za pomocą pierwotnego środka- dźwięku - a nie w wieloznaczności nawet najdoskonalszej formy, minimal music odkrywa przed odbiorcą najstraszliwszą i najpiękniejszą prawdę o przemijaniu. Przemijaniu, które dotyka każdego, nawet tego wyuczonego, zaradnego, wycouchowanego człowieka sukcesu, dumnie stąpającego w chwale. W historii muzyki przeżyliśmy już taki moment, kiedy rodząca się Opera, postawiła na komunikatywność słowa i muzyki, emocji i gestu, w proteście przeciw perfekcyjnym konstrukcjom wielkich polifonistów. Artyści są przeciwwagą dla materializmu i łatwowierności. Reprezentują niemodne dziś idee i poglądy wypływające z natury obserwatora, sceptyka- pytam, by zgłębić, a nie po to by zniszczyć.


"Niezwykłym i nie leda piórem opatrzony
Polecę precz, poeta, ze dwojej złożony
Natury: ani ja już przebywać na ziemi
Więcej będę, a więtszy nad zazdrość, ludnemi

Miasty wzgardzę. On, w równym szcześciu urodzony,
On ja, jako mię zowiesz, wielce ulubiony
Mój Myszkowski, nie umrę ani mię czarnemi
Styks niewesoła zamknie odnogami swemi." /J. Kochanowski/

BLOG

Enigma

"Jam cząstką tej siły, co wiecznie zła pragnąc, dobro czyni" /J. W. Goethe/

Szukając esencji zanurzam się w przestrzeń nierozpoznaną. W morze niewiedzy, w którym idee rozbłyskują cudownym, ponętnym, nieznajomym światłem. Urzekają świeżością, której na próżno szukać wśród dobrze znanych, wydeptanych ścieżek. Ja poza gąszczem przekonań, uwikłań, niejasnych prawideł. Ja poza światem. Zawieszony między oczekiwaniami i potrzebami. Yin i Yang w czystej postaci. Znalezienie swojego miejsca trwa długo i wymaga zarówno przyjęcia licznych kompromisów jak i walki o wymarzone idee i cele. Odbicie boskiej równowagi w nas samych. Szukanie esencji to proces złożony, bo wymaga otwarcia się zarówno na bodźce zewnętrzne jak i na boską krople naszej osobowości zwaną intuicją, która czyni nas niepowtarzalnymi. Tylko przez jej tchnienie nasze dzieło staje się łącznikiem, komunikatorem, wartością. To co przysposobiamy w procesie analizy, uczenia się, odkrywania, w pewnym momencie musi ustąpić miejsca odczuwaniu, przeżywaniu, umowności chwili. Następuje moment w którym rzucamy się w cudowny wir eksperymentów, wykraczających poza wypunktowane zadania do wykonania. Cudza fraza staje się naszą prawdą, gdyż nie sposób mówić w czyimś imieniu bez współodczuwania. W suchym komunikacie prasowym liczą się liczby, godziny, miasta...w literaturze intymne dramaty ludzkie, w których role obsadzić by można każdego z nas. Wierzę, że podobnie jest i z muzyką. Nie jesteśmy korespondentem z odległego kraju informującym o zamieszkach z przed wieków. Artysta przez wrażliwość dochodzi do interpretacji, dzięki której może dzielić się swymi impresjami z odbiorcą. W konceptualizmie ta święta zasada ulega destrukcji i oto nasz odbiorca ma zachwycać się samym aktem twórczym i jego kreatorem. Podobnie jest także w świecie przeintelektualizowanym, stawiającym wiedzę ponad odkrywczość. Zakładającym z góry przewidziane rezultaty oraz sposoby dążenia do ich osiągnięcia. Czy to ma jakikolwiek sens? W krótkometrażwoym filmie takie założenia może miałyby rację bytu, jednak w procesie twórczym prowadzą na manowce wypalenia i zwątpienia. "Jaka sztuka jest sztuką całkiem? Jaka sztuka jest pierwotna, przedjęzykowa? Jaka sztuka rozdziera się na powierzchni, krwawi i sama się przenika, przenika ciała poszczególne i sztuczne skóry zbiorowych upiorów niczym papierowe konwencje? To muzyka." /P. Quignard/ To muzyka przemawia do nas pomimo granic. Porusza emocjami, które targały jej bohaterów trzysta, czterysta lat temu! Bez wehikułu czasu stajemy u bram baroku by w sile i mnogości afektów odnaleźć człowieka... Boga. Oczywiście, w obrazach Carravagia też znajdujemy dramtyczność chwili, ludzkość sztuki, zastygniętą emocję, jednak to muzyka dzięki sile drgań przemawia do nas ostatecznie, pierwotnie. Hipnotyzująca siła dźwięku nieznosi sprzeciwu i pobłażania. Uparcie płynie przez nasze ciało dotykając najgłębszych, najdelikatniejszych sfer naszej nadświadomości. Szukając esencji szukam człowieka. Jego zmagań, przekonań, zawachań zapisanych na niezgrabnie wyrzeźbionych pięcioliniach. Połączone czarne kropki są tylko pretekstem, niedoskonałym zapisem. Muzyka jest między dźwiękami.

BLOG

Re

Wszystko już zostało odkryte powiadają niektórzy. Zarówno w kwestiach kompozytorskich jak i w historycznych. Kogo mieliśmy odkryć to odkryliśmy. Co mieliśmy poznać tośmy poznali. Cuda już były, a teraz już tylko praca u podstaw. Wielka historia dzieje się poza nami. Droga jest prosta, precyzyjnie wyznaczona. Tak-tak, nie-nie. Oczywistości stają się niepodważalne. I tak w utartym kanonie wszelkie odstępstwa traktujemy jak gruszki zakwitłe na wierzbie. Jednak egzytsowanie w okowach sztuki jest jak podróż przez kolejne pory roku, obchodzenie wciąż tych samych, dobrze znanych świąt, które stają się emblematem przemijania. W powtarzalności, która zewsząd nas otacza jedyną niewiadomą jesteśmy my. Jak zawsze. Potencjał ludzki - nieobliczalny, niestatystyczny. Czy pozwolimy sobie na nowe odczytanie tego co już tak doskonale znamy? Czy ta dobrze znana podróż może kryć w sobie jakieś inne światy? Czy z materiału, który posłużył za nie jedno przebranie, można wykroić dzieło okraszone nowym blaskiem słońca? Tylko w człowieku tkwi siła przeobrażania. W jego odwadze, i potrzebie przekraczania granic. Odkrywanie na nowo jest jedyną sensowną domeną twórczą. Innowacyjność sama z siebie nie staje się nośnikiem emocji, motorem rozwoju. Jedynie w kontekście stałości, konserwatyzmu, zyskuje swój niepowtarzalny blask, sens. Podobnie z resztą jest z dysonansem, który nabiera szczególnego znaczenia właśnie dzięki swemu przeciwieństwu- konsonansowi. Dysonans, który staje się normą, przestaje przerażać, przestaje oddziaływać - nigdy nie stanie się "nowym konsonansem" do którego odnieść by można kolejne innowacyjne zabiegi. Dlaczego zatem awangarda bała się konsonansu jak diabeł święconej wody? Być może wiąże się to z zagadnieniami filozoficznymi i rozumieniem rozwoju jako procesu tworzenia rzeczy wciąż nowych, niespotykanych, zindywidualizowanych, transcendentalnych, niewyobrażalnych. Odkrywanie na nowo zyskało wręcz miano pastiżu, który w swym ostrym, pejoratywnym znaczeniu szybko zawładnął umysłami krytyków, a w konsekwencji także kolejnych pokoleń kompozytorów, wykonawców i melomanów. Odkrywanie na nowo wymaga obserwacji, skupienia, medytacji, ale i otwartości i odwagi. Ile razy zdarzało się, że czyjeś wykonanie jakby "otworzyło nam uszy", jakbyśmy słyszeli znany utwór po raz pierwszy w życiu? Ile zaś świetnych utworów znikało ze scen z powodu nieprzekonujących wykonań? Piszę te słowa ogarnięty niewytłumaczalnym szczęściem, zawładnięty w całości przez nowe nagranie Requiem Mozarta poprowadzonym przez Rene Jacobsa. Jego ekstremalnie emocjonalne, odważne interpretacje potrafią wyrwać z marazmu nawet korporacyjną mumię. To wiedziałem wsłuchując się w utwór, który z trudem po tylu wykonaniach mógłby mnie zachwycić. Nie wiedziałem, że to co usłyszę faktycznie otworzy mi oczy i uszy! Odstawiając na boczny tor fantastyczną interpretację, przyjrzyjmy się "nowemu Requiem", które dokończył nie Sussmayr, a młody francuski kompozytor Pierre Henri DUTRON! Natura każe mi sceptycznie podchodzić do tego typu przedsięwzięć. Zarówno dopisane zakończenie Wielkiej Mszy c- moll, jak i próby "reorkiestracji" koncertów Chopina kończyły się fiaskiem, bo któż byłby w stanie dorównać tak niewytłumaczalnym geniuszom? To co skomponował Sussmayr na stałe weszło w skład Mozartowskiego Requiem i mimo wolnie przestało kłuć w oczy swymi brakami kontrapunktycznymi i emocjonalnymi. Jakie zdziwienie ogarnia człowieka gdy nagle czekając na dobrze znaną frazę, otrzymuje w zamian motyw którego nigdy w życiu nie słyszał. Dobry, lepszy? Ta ocena przychodzi zdecydowanie później, na chłodno. W pierwszym odruchu niemal automatycznie cofamy nagranie by sprawdzić czy faktycznie słyszeliśmy to co nam się zdawało! Dutron fenomenalnie operuje słowem, niczym mistrz barokowego afektu. W świecie Mozartowskiego kontrapunktu czuje się jak ryba w wodzie. To co dzieje się w Tuba mirum czy w Recordare uzmysławia słuchaczowi jak wielki potencjał wciąż drzemie w szczątkowym zapisie Mozarta. Dutron śmiało wkracza w grę środków operowych, stąd tak silne oddziaływanie arii z "Don Giovanniego". Nie są to pospolite błyskotki, a fantastyczne figury retoryczne, które wzmacniają silnie dramatyczny afekt. Mozart, mistrz opery nie powstydziłby się tak zarysowanych linii akompaniamentu orkiestrowego. Słyszymy zupełnie nowe Sanctus i Benedictus, którym blisko do salzburgskich mszy Mozarta, pozbawionych patosu, pełnych wdzięku i lekkości. Jest w tym wszystkim jakaś niewypowiedziana świeżość, bo nie można powiedzieć żeby Dutron po prostu kopiował styl klasyczny. Raczej nienachalnie, niczym renowator odsłania spod warstwy kurzu i ingerencji ludzkiej pozłacane figury wielkich proroków. Oczywiście, wszystko dopełnia esencjonalna, porywająca interpretacja, obok której (jak zawsze z resztą u Rene Jacobsa...) nie można przejść obojętnie. Nigdy nie myślałem, że Requiem Mozarta będzie mogło mnie jeszcze wzruszyć, przerazić, wciągnąć, przemówić. A jednak, dzięki temu wykonaniu odkryłem klasyka na nowo. Świat nigdy wcześniej nie zmieniał się tak szybko i tak jednokierunkowo. Dzięki reinterpretacjom, filary sztuki i szeroko pojętej kultury nie chwieją się w posadach, a stają się raczej latarniami morskimi dla odwracającego się od humanizmu świata. Doświadczenie przemiany uzmysławia nam, jak wielka siła drzemie w sztuce.

BLOG