Yes I can

Poszukiwanie. Zadziwiające - tym jednym słowem można opisać sens życia człowieka. Banał jakich mało. Banał bez którego wszelka aktywność traci smak, zapach, kolor stając się szarym, codziennym wykonywaniem obowiązków. Głód wiedzy, prawdy, piękna określa człowieka szlachetnego, który całą swą energię przekierowuje na doświadczanie świata w jego złożoności. Doskonałość osiąga się poprzez błądzenie po najciemniejszych zakamarkach duszy. Bariery wyrastające przed "ja" świadomym, rodzą się z poczucia obowiązku i napiętnowania przez opinię publiczną. "Nie można" nie jest przecież na tyle satysfakcjonującą, podniecającą odpowiedzią, by wypisywać ją na sztandarach działalności twórczej. "Nie można" jest tylko bezpiecznikiem chroniącym chwiejne podstawy światopoglądowe, przed rozpadem, unicestwieniem. Dylematem w sztuce bowiem, nie jest samo przekraczanie granic wyznaczonych przez pewne kręgi kulturowe, lecz podłoże ideologiczne naszych działań. Podążamy za tym co intuicyjnie słuszne - nasze, niepowtarzalne. Konfrontujemy się ze spuścizną wieków, starając się na nowo odegrać antyczną tragedię naszych czasów. Czymże jest zatem osobowość twórcza, jeśli nie zbiorem cech charakteru, pewną niesprecyzowaną postawą życiową, w której uginamy się (lub nie) pod pręgieżem oczekiwań społecznych epoki? Prądy, założenia stylistyczne zmieniają się wraz z nastaniem nowego pokolenia, które widzi błędy popełnione przez swych poprzedników, i szczerze wierzy w autentyczność wyznawanego dekalogu. Momentem przełomowym jednak, okazuje się zwątpienie w nurt w którym się wyrosło, który był naturalną przestrzenią wzrastania naszego alter ego. Moment w którym podważamy zdobytą wiedzę i umiejętności, może być także chwilą narodzin naszej osobowości artystycznej, bowiem sztuka jest raczej rodzajem intuicyjnej interpretacji otaczającego świata, niż dziełem zrodzonym z założeń, do którego ów świat miałby się dopasować. Jak przekazać podstawowe narzędzia twórcze w procesie edukacji, tak by zachować równowagę między koniecznością zdobywania wiedzy, a wrażliwością młodego muzyka? Być może zbyt łatwo oddaliśmy w walce relację mistrz-uczeń, która bazowała na wzajemnym poznaniu, wspólnym odkrywaniu, obcowaniu ze sztuką bez kategoryzacji i standaryzacji. Nie można bowiem pomóc komuś, kogo się dobrze nie poznało, nie można ferować wyroków bez szczerego wysłuchania wszystkich stron. Trudno zrozumieć poczynania artystyczne bez zaznajomienia się z postawami życiowymi, wyznawanymi zasadami, przekonaniami ucznia, które przecież dobitnie wpływają na jakość jego kreatywności muzycznej. W sztuce liczy się siła oddziaływania, przekonywania, która nie bierze się li tylko z postawy biernego wykonywania rozkazów. Z zachwytu nad siłą ludzkiej wyobraźni, powstaje wartość prawdziwie wzbogacająca egzystencję jednostki, jak i całego społeczeństwa. Umiejętność nowego, wyjątkowego odczytania partytury, jest siłą napędową sztuki. "Nie można" to tylko więzienny makijaż, którym przysłaniamy lęki przed niechcianymi odkryciami. Prawdy o sztuce, jej ogromnej sile przemieniającej otaczającą rzeczywistość, nigdy nie poznamy w stu procentach. Stale podważać będziemy odgórne założenia, wciąż rozprawiać o słuszności pewnych rozwiązań artystycznych, jednak nigdy nie znajdziemy właściwych proporcji, których nie można by podważyć. Sztuka właśnie z owej wywrotowej postawy twórczej uczyniła swój najważniejszy atut, który niczym kamień filozoficzny zapewnia jej wieczną młodość, i pozwala stale przemieniać to co nieszlachetne w złoto najczystsze. Czym zatem miałaby być edukacja? Szlifowaniem diamentów? Pomocną dłonią w odgruzowywaniu pięknego, pałacowego salonu, który tylko przez niedbałość stał się wylęgarnią zwątpienia? Model kształcenia, stawiający wyznawane zasady ponad wrażliwością na drugiego człowieka, wpływa na jakość społeczeństwa, które w swym oponencie widzi już tylko sprzeczne, "złe" podstawy ideologiczne, nie zaś współbrata o odmiennych przekonaniach. Edukacja zamykająca drzwi i okna przed wszelkimi możliwościami odmiennego interpretowania świata, prowadzi do zubożenia wszelkiej działalności człowieka. Jeśli nie nauczymy młodych muzyków różnych sposobów poszukiwania, nie damy im narzędzi, by sami mogli wytyczać sobie cele, to automatycznie zamkniemy ich na wewnętrzną potrzebę tworzenia, której nie wpaja się poprzez odchaczanie zrealizowanych ćwiczeń...

BLOG

Woolf

"Septimus usłyszał, jak mówi tuż przy jego uchu - KAER - głęboko, miękko niczym łagodny dźwięk organów, ale jednocześnie z pewną szorstkością w głosie przypominającą granie świerszcza [...]. Ach, co za cudowne odkrycie: głos ludzki w pewnych warunkach atmosferycznych (bo trzeba mieć do wszystkiego podejście naukowe, to najważniejsze!) pobudza drzewa do życia."                                                                                                                                                                                                                /V. Woolf, "Pani Dalloway"/   

Świat w świecie. Pryzmat obojętności. Nihilizm epistemologiczny. Zanurzenie w rzeczywistości wykreowanej przez nasze wewnętrzne pragnienia. Oj, Virgina wiedziała jak czarująco wygląda świat, gdy zdamy sobie sprawę, że każda jego najmniejsza cząstka jest wytworem naszej wyobraźni, nadświadomości, interpretującej wszystko na swój, często pogmatwany sposób. Patrzenie i opisywanie, nie jest nigdy obiektywne, bowiem to co istnieje, istnieje tylko dzięki naszej uwadze. Przechodząc obojętnie obok zjawiska, stworzenia, inkarnacji - odbieramy im przymiot ważności, czyniąc na powrót martwymi, pozostawiając w poczekalni ukrytych sensów. Nowy sposób tworzenia, polgający na impulsywnym, spontanicznym zapisywaniu wszystkiego, co pojawia się w ludzkim umyśle, doprowadził Virginię do wykreowania fantastycznej, filmowej narracji. Obserwujemy te same zjawiska, zdarzenia, oczami różnych ludzi - podstarzałych panien, konserwatywnych dam, weteranów wojennych, emerytów, imigrantów czy desperatów w końcowej fazie depresji. Odkrywamy jak zwykłe, codzienne, przypadkowe historie, zyskują zupełnie inny sens w oczach różnych osobowości. Domniemany przejazd króla, wywołuje wśród gapiów, reprezentujących różne stany klasowe, zgoła odmienne emocje - od wzruszenia, przez łzy, podniecenie, aż po złość czy irytacje. Tak więc źródło uczuć pozostaje to samo, choć prowadzi odbiorców w zupełnie inne stany emocjonalne. Zadziwiającym jest fakt, tak plastycznego kreowania opisów, że trudno zgubić się w tym natłoku myśli, jednak tezy o fenomenie Virginii Woolf, nie są kluczem dzisiejszej rozprawki. Autorka zauważa coś, czego na nowo uczymy się w dzisiejszym świecie. Świecie do nie dawna negującym wszelkie odstępstwa. W społeczeństwie łatwych podziałów na katoli i lewaków, wykształciuchów i fizycznych. Tak, globalna ideologia prostych wyborów jest jedynie zafałszowaniem rzeczywistości. Nie jest dobrze, gdy sztuka podąża za trendami, które nie służą rozwojowi jednostki. "Bo trzeba mieć do wszystkiego podejście naukowe, to najważniejsze!". Skoro dzięki wnikliwemu spojrzeniu Virginii wiemy już, że z pozornie jednoznacznej sytuacji, można wysnuć szereg różnych wątków i rozwiązań, łatwo możemy odnieść ową przywarę natury ludzkiej do sztuki. Nie zmusimy przecież odbiorcy, żeby bezwiednie podążał za naszą narracją, żeby wiedział z którego traktatu zaczerpnęliśmy dane rozwiązanie artykulacyjne. Możemy użyć stosownego wprowadzenia, by nasze przesłanie było logiczniejsze, przejrzyste, jednak nie zmusimy tym samym odbiorcy, do takiego zaangażowania emocjonalnego, jakie skroiliśmy na miarę wielkiej fugi (w której można to i to, a zgodnie ze stanem wiedzy - tamto jest wykluczone!). Może to lęk przed oceną, przed oskarżeniem o dyletanctwo prowadzi nas na manowce, gdzie zapominamy o potrzebach drugiego człowieka? Potrzebach duchowych, które pragnie on zaspokoić wtapiając się w homeryczny, poetycki język muzyczny Jana Sebastiana Bacha (bez względu na wyznanie, opcję polityczną, poglądy estetyczne). Drżyj ziemo przed oziembłością Twych wieszczów, odrzucających płomień boskiej inspiracji. Z niej bowiem rodzą się dzieła wiekopomne, (poddawane operacyjnym analizom) które służą każdemu prostemu człowiekowi, o sercu otwartym i chłonnej duszy...

BLOG

Rec

Zatopieni w bursztynie. Zamarli w czasie. Niemi świadkowie niegdysiejszych płomiennych doznań. Cisi kapłani historii. Uwiecznieni w zachwycie nad swym losem. Niespodziewanie zapisani na kryształowej fotografii. Pełni nadzei na życie po życiu. Jaka jest ich tajemnica? Co kryje się pod ich pozornie miłą fasadą? Może lata tułaczki, cierpienia, a może tęsknota za miłością, która zbyt wcześnie w nich wygasła. Może żal, że już nigdy nie zdobędą upragnionych szczytów, nie zrealizują misternie utkanego planu. Intrygują, mimo, iż są wyłącznie niemymi posągami, przyłapanymi na ostatnim zaskoczeniu. Jak zatem utrwalić coś ulotnego, zmiennego, w taki sposób by przemawiało, dotykało, poruszało pomimo pozornie martwego materiału? Jak skroplić esencję tego wszystkiego co decyduje o wyjątkowości, ponadczasowości wykonania, dzieła? Co sprawia, że w pozornie małym okragłym kawałku płyty CD odnaleźć można cały świat? Być może muzyka uwieczniona na nośniku, zbliżona jest do dobrze wyreżyserowanego filmu, który pochłania nas bez konieczności zbytniego wnikania w niezliczoną ilość tricków realizatorskich. W trakcie koncertu, w obliczu publiczności, artysta staje się sługą narracji, która może ponieść go w wyjątkowy, cudowny świat. Wzajemna interakcja z otaczającymi ludźmi, nadaje dziełu sens tu i teraz. Utwór rodzi się na oczach melomanów, przybierając stale nowe, nieuchwytne kształty. Emocja przekazana zostaje wprost, porywając za sobą rzeszę wyznawców. Siła muzyki wykonywanej na żywo, nie bieże się bowiem tylko i wyłącznie z pięknie prowadzonej frazy, czystości, fenomenalnego brzmienia. Przekaz wzmocniony zostaje przez realne drgania wywoływane przez instrumenty, które mogą wprowadzić słuchacza w specyficzny rodzaj transu. Dźwięk ma swoją fizyczną moc, która nieświadomie wypełnia sale koncertowe i kościoły. Jest jeszcze oczywiście element obcowania ze sobą, spotkania, wchodzenia w przeznaczone role. Koncert przypomina spotkanie przy wspólnym stole - dzielenie się dobrem, miłością, posiłkiem - wzbogacanie swojego wewnętrznego świata. Ofiarowanie wykonania i ofiarowanie słuchania. Dajemy to co najlepsze. Jak zatem nawiązać ową subtelną, arcyistotną nić porozumienia poprzez nagranie? Jak uwiecznić tą wiązkę energii, która stwarza dzieło? Od tej pory muzyka uwieczniona poza czasem, wolna od wykonawcy, instrumentu, kompozytora, będzie istnieć samodzielnie. Umili czyjeś spokojne sobotnie poranki, przemieni samotne piątkowe wieczory w spotkanie z nieodgadnionym, pozwoli zatrzymać się w biegu, poruszy, pocieszy, rozjuszy. Będzie na wyciągnięcie ręki, obok stosu książek na półce. I podobnie do słów zawartych na pożółkłych stronach, przemawiać będzie bez masek i uprzedzeń. Narracja stanie się jej głównym atutem, który stopniowo wprowadzi słuchacza na kolejne poziomy doświadczenia dźwiękowego. W nagraniu liczy się silna dawka emocji, które przekazywane są od tej pory tylko za pomocą dźwięków, podobnie jak w audiobooku, gdzie dzięki kunsztowi aktorów, przeżywamy skrajne emocje bez wizjii w 3D, efektów specjalnych i wybujałych animacji. Fascynujące, że w świecie poszukującym ekscytacji, azylu w eksplorowanej nad wymiar cyber przestrzeni, wciąż porusza nas historia opowiedziana przez człowieka - po mistrzowsku, mrożąca krew w żyłach, pozwalająca ponownie zachłysnąć się haustem zdrowego, namiętnego powietrza. Pasjonujące nagranie trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty, nie pozwalając nam ani na sekundę odejść od adaptera. Jest dziełem całościowym, historią zaklętą w potoku nut, które już na zawsze przestają być ważne. Pochłania bez reszty, porywając w odległe, baśniowe krainy. Przemienia złudę w prawdziwe, żywe doznania, bliskie tym wszystkim koncertowym poruszeniom. Nagranie ma jednak jeszcze jeden wyjątkowy wymiar - jego odbiór jest subtelny. Stajemy sam na sam z dziełem. Czujemy, że każda troskliwie prowadzona fraza, powstaje tylko dla nas. Nareszcie możemy być jednią z kompozytorem i wykonawcą. Znikają wszystkie role, maski czy podziały, wchłonięte w czarną dziurę poza czasowości. Pozostaje tylko muzyka w swej niepojętej cudowności, niewypowiedzianym majestacie - zatopiona w bursztynie, uwieczniona w zachwycie, pełna nadziei na życie po życiu, tajemnicza królowa nocy...

BLOG

Just be

Wdzięczność. Za zrozumienie. Za rozpalenie pasji. Za natchnienie. Za te wszystkie chwile, które całkiem przypadkiem odmieniły nasze życie. Tak, wdzięczność przepełnia każdego, kto choć raz doświadczył ludzkiego dobra. Tak po prostu. Mistycznie, energetycznie, ale bez tej całej bufonady, zdefiniowanej przez - "ja", "moje", "jam Ci to uczynił". Gdyby zwyciężyło to okropne relatywizowanie, świat stałby się okropnym miejscem. Pomagalibyśmy drugiemu człowiekowi, tylko przez wzgląd na przyszły zysk. Liczyło by się tylko to w jakim świetle wypadamy, a nie to co dajemy, czym się dzielimy, bez względu na pozycję społeczną. Wdzięczność. Wdzięczność jest tak na prawdę emocją. Odruchem bezwarunkowym, odpowiedzią na cudowność, której doświadczamy nie ze względu na swoje zasługi, wyjątkowość czy wykształcenie, lecz pomimo niemocy i lęku jakimi jesteśmy przepełnieni  przez większą część naszego życia. Może zbyt często nie doceniamy tych wyjątkowych ludzi, chwil, które w ogromnym stopniu definiują naszą osobowość. To, że ktoś chce mnie wysłuchać, bez potrzeby oceniania, wykazywania błędów, czy nawet dawania prostych wskazówek, może na zawsze zmienić moje poczucie własnej wartości, bez potrzeby wydzierania jej za pomocą wymuszonych komplementów. Ktoś, kto pochyla się nade mną. Dostrzega moją obecność. Tylko to pozostaje w pamięci - gotowość i otwartość. Wdzięczność za sprawiedliwych i prawdziwych, którzy za nic mają sobie zmieniające się kanony obycia społecznego. Ot, podążają odważnie za wewnętrznym głosem, zdając sobie sprawę z tego, że tylko godząc się ze swoją niedoskonałością, jesteśmy w stanie dostrzec to, co kryje się pod powłokami przekonań. Obecność, umiejętność słuchania, gotowość do pomocy - to one definiują człowieczeństwo, stawiając humanitaryzm ponad zwierzęcą wolę walki, dominacji, przekabacenia towarzysza na swoją, "słuszną" stronę. Może nam wydać się to dziwne i iracjonalne, ale z postawy wyznawanej w życiu, wyłania się nasza osobowość twórcza. Z chęci szczerego obcowania z muzyką, dzielenia się nią z bliskimi powstają dzieła, które po latach uznajemny za wiekopomne. Wdzięczność Marticie, za jej Schumanna, którego w moim przypadku, nie sposób zgłębić bez jej porywczości, drapieżności, przenikliwości emocjonalnej. Poczucie spełnienia, wiecznego zawieszenia w czasie, zawdzięczam Ivo, i jego kuszącej wizji brahmsowskiego intermezza, w której znajduje się wszystko to, co o Bogu, człowieku, naturze, nie sposób wyrazić słowami. Wizja porównywalna jedynie z tymi krótkimi momentami szczęścia podczas długich, górskich wędrówek, gdy czujesz jedność z wszechświatem. Jacqueline za naturalność, pozwalającej unieść się wysoko, ponad to co wytłumaczalne. Cecylce za radość. Tą szczerą, włoską, niewyrachowaną emocjonalność. Marii, za Francka. Za to, że w jej frazowaniu jest prawdziwa poetyckość, nie wyliczona, nie wyczytana z mądrych poradników. Johnowi za Bacha. Za ożywienie tego marmurowego pomnika, któremu zbyt długo odmawiano przywileju wzruszania. Jacobsowi za Mozarta, za przejście z blichtru koloratur i pobłażliwości do prawdziwej dramatyczności, której przecież nie sposób wyrazić w prostych ramach analitycznego uszeregowania. Wdzięczność za odwagę wyjścia przed szereg. Za wolność słyszenia muzyki w wyjątkowy, niepowtarzalny sposób i za chęć dzielenia się nim z każdym, kto  potrafi przekroczyć próg przekonań. Świat bez indywidualizmu stał by się miejscem wegetacji niespełnionych samotników. Zniknęła by spontaniczność. Szczerość przykrył by kurz konwenansów. Pozostała by nam tylko artystyczna depresja. Owszem, badana, analizowana, rozkładana na czynniki pierwsze, ale wciąż depresja,  a więc stan niemocy. Stan w którym nie możemy przekazać żadnego dobra, gdyż sami potrzebujemy natychmiastowej pomocy. Wdzięczność jest rodzajem wspomnienia, w którym odnajdujemy drogę powrotu do źródła, a źródło to jest w nas samych. Żyjemy po to by czuć i doświadczać. Żyjemy po to by być, a nie  budować swoją markę...

BLOG