Intuition

"Muzyka narodziła się wolna i walka o wolność jest jej przeznaczeniem"/F. Busoni/

Zawsze fascynują mnie opowieści artystów o ich muzycznych początkach. O niezrozumiałej miłości do instrumentu. O pierwszych dźwiękach, melodiach granych "ze słyszenia". Nieograniczonej radości tworzenia. Naśladowania z zapałem. Braku poczucia obowiązku. Kreatywności nie zmąconej znakami zakazu. Zawsze na twarzy narratora tej opowieści rodzi się sentymentalny uśmiech, wspomnienie wolności i pragnienia bycia częścią tajemniczej muzyki. Nieustanna chęć wykonania kolejnych utworów. Euforia z pierwszych polifonicznych potyczek. Prostota w odczytywaniu afektów, bez konieczności podpierania się źródłami. W każdej wysłuchanej historii napotykam na moment olśnienia przezierający przez rozmarzone oczy dorosłego człowieka. Wspomnienie muzycznej wolności jest jak powtórne zakochanie. Powraca do nas siła pierwszego wzruszenia, niewytłumaczalnego. Powraca subiektywność muzyczna. Pragnienie piękna, bardziej niż samej prawdy. Doświadczenie to bliskie jest filozofii w której całe życie uczymy się jak nowo być dziećmi. Dążymy do dorosłości, by później szukać tej młodzieńczej szczerości i niewinności. Zataczamy krąg przechodząc przez kolejne szczeble drabiny, zatrzymując się na kolejnych szczeblach tak jak nakazuje przepis. W sztuce, a w muzyce szczególnie droga ta może wprowadzać nas w dysonans poznawczy. Sprzeczność intuicji z trendem. Niezgodność słuchu wewnętrznego z kalką wykonawczą. Szczególnie trudne to doświadczenie dla współczesnego wykonawcy, który od rana do wieczora otacza się muzyką z najróżniejszych epok. Ta różnorodność nie zamyka się jedynie w modach kompozytorskich, instrumentach z danych epok, obsadach, tendencjach harmonicznych, lecz przede wszystkim w operowaniu różnymi odcieniami emocji. Opowiadaniu o różnych światach. Ciemnościach średniowiecza, złocie baroku, naturze romantyzmu, dumie modernizmu. W tej makrostrukturze znajduje się jeszcze podział na muzykę intymną jak pieśni Schuberta; opisującą jednostkę wobec świata jak heroiczne dzieła Liszta; oraz o oddziaływaniu społeczeństwa na jednostkę, żeby wspomnieć o kantatach Bacha czy IX Symfonii Beethovena. Te skrajnie różne kręgi wymagają od wykonawcy niezwykłych zdolności - z jednej strony prowadzenia natchnionego szeptu- z drugiej, umiejętności wygłaszania patetycznych oracji. Aby zmieniać się niczym kameleon /i to często w trakcie jednego koncertu!/, trzeba pielęgnować w sobie tą dziecięcą, nieskrępowaną intuicję, która przecież jest też naszym znakiem szczególnym. Nieomal wczoraj usłyszałem w radio, po wysłuchaniu wykonania koncertu Rachmaninova komentarz: "było to piękne, choć nie modne już dziś wykonanie, pełne emocjonalizmu charakterystycznego dla wirtuozów połowy XX wieku." A ja zapytam- a jakże inaczej grać Rachmaninova? Co w nim poza emocjonalnością jest tak wyjątkowego? Przecież nie sam kunszt kompozytorski, czy nowatorski język muzyczny, bo przecież to całkiem późny neoromantyzm. Prawie każdy otarł się kiedyś o Rachmaninova, i zapewne każdy ma w związku z jego muzyką jakieś intymne wspomnienie, bo taki właśnie jest Rachmaninov. Gdy przemawia pozostawia ślad. Możemy się wstydzić o tym mówić (zwłaszcza jako "zawodowcy"), ale muzyka działa właśnie w tych sferach. Niewytłumaczalnych, często nieopisywalnych, przeżywanych w samotności. Ostatnio usłyszałem od wielkiego muzyka, że gdyby Newton nie odkrył prawa grawitacji, zrobił by to ktoś inny, ale gdyby Beethoven nie skomponował swojej IX symfonii, to nikt by tego nie zrobił. Muzyka opiera się na indywidualiźmie. Z jego siły wykuwają się przełomowe dzieła, które poza innowacyjnością w sferach czysto technicznych zmieniają świat. Dzisiaj walka o wolność muzyki przybiera wyjątkowy charakter. Swoiste wyrwanie jej ze sfery duchowej i postawienie ogołoconej z dymu niedopowiedzeń w racjonalnej szacie analizy formalno- epokowej, stworzyło system w którym jednostka traci wpływ na kształt dzieła. A to właśnie jedynie jednostka jest kreatorem. Muzyka to nie fabryka by móc liczyć na zyski z powtarzalności.

BLOG

Zacznij od Bacha

Długie letnie wieczory. Bach na pulpicie. Rozkwit życiodajnej energii. Piętrzące się polifoniczne kaskady, przyprawiające o zawroty głowy. Temat w basie sote, zepchnięty na margines następującymi po nim pochodami passus duriusculus. Kotłują się szesnastki niczym pasyjny tumult. Nieziemska potęga ukryta zaledwie w dwugłosie. Pozornie. Chłonąc przebieg odkrywamy kolejne niedopowiedziane płaszczyzny brzmieniowe, które w swym skryciu, działają silniej niż dobitny temat fugi. Płynne łączniki nie tracące nic ze swej dramatyczności. Przaśna konstrukcja kryje w sobie milion zagadek. Temat powraca. Nienachalnie, raczej kontrolnie. Jak dobry rodzic sprawdzający czy dziecko śpi spokojnie. Kilka sekwencji niczym z uwertury kantatowej. I znów exclamatio wystrzelone wprost na minorową tercję. By złapać oddech, sięgam do "Versuch uber die wahre Art das Clavier zu spielen" drugiego z synów Jana Sebastiana- Carla Philipa Emmanuela. "Muzyk nie jest w stanie nikogo wzruszyć, jeśli sam nie ulega wzruszeniu". Prorocza wskazówka dla muzyka przedzierającego się przez gąszcz chromatyzmów. Dzieło słynnego hamburskiego Bacha co rusz zaskakuje emocjonalnym podejściem do pedagogiki. Obok wszystkich wskazówek wykonawczych; palcowania, zdobnictwa, uderzenia, czy sposobu właściwego odczytania afektu w utworze, co rusz odwołuje się do istoty muzyki. Poruszanie słuchacza staje się możliwe tylko dzięki prawdziwemu, pierwotnemu poruszeniu wykonawcy. "Koniecznie musi być w stanie sam siebie wprowadzić we wszystkie afekty, które chce wzniecić u swoich słuchaczy, gdyż ujawniając swoje własne uczucia najlepiej ich (słuchaczy) poruszy do współodczuwania [...] To widać i słychać". Wysnute w tym akapicie pojęcie współodczuwania stawia na równi wykonawcę i odbiorcę, którzy istnieją dla siebie, ale i dzięki sobie. Są partnerami w abstrakcyjnej przestrzeni emocjonalno- dźwiękowej. Ta intymna relacja wymaga artystycznej prawdy i otwarcia na drugą, współodczuwającą osobę. Każdy teatralny fałsz, lub powierzchowność przerywają tą niewidzialną nić, dzięki której muzyka zyskuje miano sztuki. Podobną koegzystencję odnajdujemy w relacji kompozytor- wykonawca. O tym także wspomniał Carl Philip, i to w czasach, kiedy zdecydowana większość wirtuozów była również kompozytorami. Jak mawiał nasz profesor od chóru w liceum: "Muzykiem się jest- pianistą, skrzypkiem się bywa". W XVIII wiecznym "Versuch..." czytamy, że dojrzały wykonawca musi przeniknąć do duszy kompozytora i wydobyć z jego muzyki całą treść, afektywność, musi stać się częścią jego świata. Czy więc podstawową cechą muzyka jest empatia? Czy w świecie karier jest jeszcze na nią miejsce? Czy dziś uczy się jeszcze empatii? Na szczęście jedynym słusznym dowodem na wrażliwość wykonawców jest fakt, iż muzyka trwa wciąż nieprzerwanie, mimo różnych kolei losu. Wciąż zachodzi ta specyficzna relacja między odbiorcą, a wykonwcą. Wciąż wielu muzyków staje w emocjonalne szranki z kompozytorem. Artyści obrazują życie swoje i świata, by w jego zagmatwaniu znaleźć sens wyższy niż drabina do śmierci. Wzruszenie, tak pogwałcone przez opery mydlane, wszechobecność kamer, kulturowy kod zachowań, staje się przeżyciem mieszczącym się na dwóch przeciwległych granicach- duchowego sacrum i kiczu. Pierwsza z nich rodzi się z przeżyć wewnętrznych, druga z popytu na łzy. I to jest chyba jedna z niewielu kwestii, gdzie nie trzebaby szukać "złotego środka". Wystarczy postawić się po jednej ze stron by docenić piękno lub wszechobecny plastik. "Muzyk nie jest w stanie nikogo wzruszyć, jeśli sam nie ulega wzruszeniu". Zdanie tak proste, a tak trudne do wypowiedzenia, zrealizowania. Nauczenia... Wzruszenie nie świadczy o słabości, lub o braku wykształcenia. Wręcz przeciwnie. Stanowi kolejny krąg wtajemniczenia, bez którego przekraczanie granic stałoby się niemożliwe. Ciekawe jak odniósłby się Carl Philip Emanuel do tych kwestii dzisiaj, gdy muzykę XVIII wieku wtłacza się do szablonu: "klasycznie, lekko, bez zbędnej egzaltacji"... Czas wrócić do pianina i zacząć od siciliany. Kipiąca emocjami fuga poczeka. Najpierw poszukam wzruszenia.

BLOG

Niewiedza

"Thomas lubił nazywać, umieszczać na każdym elemencie etykietkę przyznawaną przez naukę. Przykrywał świat słowami, przesłaniał go słownikiem. [...] Tak naprawdę podczas tej pierwszej prodóży do Algierii Thomas nie odkrywał, lecz zatwierdzał, konfrontując pustynię z wyobraźni z tą konkretną. Nie sprawdzał poprawności swojej wiedzy, lecz poprawność środowiska. Odwracał procedurę..." E. E. Schmitt "Noc Ognia"

XXI wiek zafundował nam ciekawą konstrukcję człowieka, humanisty, któremu niestraszne będą problemy nie do rozwiązania. Wraz z rozwojem internetu zdobywanie wiedzy stało się szybkie, proste i ogólnodostępne. Utopijna wizja nieograniczoności napawała nadzieją uczniów, profesorów, młode matki szukające odpowiedzi na pytania "Jak wychować dziecko". Wiedza, a przede wszystkim jej epatowanie stało się wyznacznikiem statusu społecznego, bo ten kto dużo wie, skupia wokół siebie ciekawskich i tych którzy pragną się ogrzać blaskiem kreowanej mądrości. Chęć stworzenia statecznych ram specjalizacji w której nie ma miejsca na zbędne pytania i interpretacje, oraz moda na nie przekraczanie umownych widełek klucza rozumienia świata zepchnęły odkrywczość i kreatywność na dalszy plan. Trudno się z resztą dziwić. Nie ma nic z definicji naukowego w myśleniu, dostrzeganiu i świadomości niewiedzy. Tym bardziej w świadomości granic poznania na etapie czysto literalnym. Nie znosimy pustki w oświeconym stuleciu, gdyż pustka jest synonimem głupoty. Zagłuszamy ciszę, która bezprawnie zabiera nam przestrzeń wiedzy. Odmawiamy prawa do pytań na które jednoznacznie nie sposób odpowiedzieć. W cytowanej książce Schmitta, wielkiego admiratora muzyki i jej poza materialnego sensu, podczas podróży na Saharę spotykają się naukowcy, sportowcy (wyczynowcy!), uciekinierzy z cywilizowanego świata i on- pełen wątpliwości filozof nieuznający rzeczy niewyjaśnialnych. Dla niego to oczyszczająca podróż, która nareszcie pozwoli mu zadać pytania, których zadawanie w rozwiniętym świecie zakrawa o absurd i demagogię. Dla naukowców to czas opowiadania i udowadniania przed samym sobą oraz zebraną publicznością ważkości swojej bezcennej wiedzy, która dyktuje prawa przyrodzie. Naoczne doświadczenie tego o czym z pasją pouczają, nie zmienia ich hierarchii wartości. Dla sportowców to kolejna ekstremalna wyprawa, którą pochwalą się przed znajomymi w Paryżu i oczywiście na portalach społecznościowych. Mały przekrój tożsamości, ukazujący ubóstwo pewności. Wiedza nie może wychodzić przed szereg innych elementów do których warto zaliczyć doświadczenie, emocjonalne poznanie, niepewność, zachwyt, spotkanie z prawdą. Pełnia istnieje dzięki pustce i na odwrót. Wiedza istnieje dzięki niewiedzy, bo głód poznania prowadzi nas na cztery strony świata. Dźwięk istnieje dzięki ciszy. Przyjaźń to prawa strona samotności. Jak pisze dalej Schmitt:" Oszustwo pojawia się wtedy, gdy ktoś głośno obwieszcza: Wiem!. [...] Musimy uznać i kultywować swoją niewiedzę." Wszystko zaczyna się od pustki symbolizującej otwartość. Kompozycja, interpretacja, wykonanie...wszystko bierze swój początek w pustce, gotowości na poznanie zmysłowe, które w wiedzy odnajduje jeden z fiarów prawdy. "Piękno bowiem- pisze św. Augustyn- które przez dusze artystów spływa ku ich rękom, pochodzi od owej piękności, która ponad duszami jest i ku której dniem i nocą wzdycha dusza moja. Sprawcy i miłośnicy piękności materialnych stamtąd czerpią miarę, według której je oceniają."

BLOG

#embrace

Wszystko może stać się chałturą. Nawet najdonioślejsze dzieło sztuki bez perspektywy świadomego, dojrzałego wykonania staje się bezsensowną kaskadą dźwięków. Zwykliśmy mówić o chałturze w stosunku do miejsca koncertu, lub wykonywanego programu, który ze względu na częstotliwość odtwarzania stał się częścią kultury masowej. A chałturą może być nawet dwugodzinna symfonia Mahlera. Jeśli w tym muzycznym czasie nie ukażemy jego humanizmu, umiłowania natury, jeżeli nie przekroczymy granic materii, ani nazwisko wielkiego kompozytora, ani "ranga" wykonywanego dzieła nie zagwarantują jakości artystycznej. Z zaangażowania bowiem i poświęcenia rodzą się wyjątkowe interpretacje, zarówno Arii na strunie G, jak i rzeczonej symfonii Mahlera. W encyklopedii czytamy: "Chałtura – zjawisko pracy zarobkowej (głównie w zawodach artystycznych). W potocznym języku oznacza działalność motywowaną względami wyłącznie zarobkowymi. W wielu przypadkach oznacza pójście na kompromis oraz może stanowić uszczerbek na wizerunku artysty. Chałtura ma zdecydowanie wydźwięk negatywny. Wyraz „chałtura” jest pochodzenia greckiego (gr. chartoularion, łac. chartularium – spis, rejestr), w języku polskim utrwalonym za pośrednictwem języka rosyjskiego (rusycyzm; ros. халтура oznacza pracę niedbałą, niedbale wykonywaną)." Cezary Pazura w jednym z wywiadów mówił, że chałturzyć można nawet Szekspira- jeśli podczas kolejnych przedstawień kreowana przez nas rola jest nieprawdziwa, jeżeli dramat który tworzymy nie porusza nas wewnętrznie, jeżeli nas samych nie przekonuje... Można grać Szekspira będąc obok Szekspira. Łatwo zasłonić się wielkim nazwiskiem, trudniej stanąć z nim w szranki, stać się częścią jego świata. Dobrowolnie wejść w przestrzeń bezkompromisowego poświęcenia artystycznego. Wielokrotnie w debacie publicznej ocieramy się o temat sztuki i edukacji kulturalnej. Narzekamy na braki w tej sferze, szukając odpowiedzi na puste sale koncertowe i teatralne. Zapominamy, że naszą największą bronią jest sztuka. Gdy słuchacz, odbiorca, doświadczy podczas koncertu, przedstawienia, spektaklu katharsis, które choć na krótką chwilę odmieni jego życie, z pewnością będzie chciał powrócić do źródła tego doświadczenia. Dla muzycznego "noworodka" mniejsze znaczenie ma to, czy zaprezentujemy mu Toccatę i fugę d- moll czy VI Symfonię Vierna. Liczy się tylko emocjonalne doznanie, które dosłownie porwie go w świat wyobraźni naszej i kompozytora. Duchowe bogactwo, którego doświadczy podczas tego wieczoru, wyda swoje owoce. Pragnienie powrotu do tych wyjątkowych minut zaprowadzi go na kolejny koncert, aż w końcu stanie się dojrzałym melomanem. Chałtura to stan umysłu, ale także postawa ignorowania muzycznych towarzyszy jakimi są zarówno kompozytor jak i odbiorca. Ciągła chęć występowania, bez czasu na wypełnienie swojego życia duchową, filozoficzną treścią czyni muzyka niewzruszonym na słuchane frazy. Pomnikowa osobowość każe przetwarzać kolejne ćwierćnuty w miarę rzetelnym tempie. Tylko po co? Dzisiejszy strach przed nadmierną egzaltacją na pewno nie służy sztuce, bo czymże jest muzyka w zmechanizowanym, naukowym, wytłumaczalnym świecie? Zjawą melancholijnych odludków? Ponad sto lat temu, Mahler wydał doskonałą receptę pisząc: "Symfonia musi być jak świat. Musi obejmować wszystko"...

BLOG