Czas malin

Mijam Cię codziennie. Niepostrzeżenie wkraczając w przestrzeń Twoich porannych snów. Znamy się jedynie w przestrzeni bez słów i gestów. Czasem staję się tłem zwykłych ludzkich zmagań, czasem jestem jedyną otuchą, kroplą wiary i nadziei. Z miłością bywa gorzej, bo częściej opowiadam o cierpieniu, niespełnieniu niż o szczęściu. Jako bezwiedna towarzyszka szumiąca w niejednym sklepie, samochodzie, klubie czy mieszkaniu perfekcyjnej pani domu, która właśnie ściera kurze ze swojego przelatującego przez palce życia. Jestem i mnie nie ma, bo trudno być, gdy jest się niezauważanym. Łatwo się do mnie przyzwyczaić i zobojętnieć, można też na moim punkcie oszaleć. Jedni prawią o mnie wielkie, naukowe peany, rozkładając moje wdzięki na czynniki pierwsze z mikroskopijnym sadyzmem. Inni łamią sobie palce, nogi, by móc mnie odtworzyć, choć czasem zdrowy szkielet nie gwarantuje bogactwa ideowego. Są też i tacy, którzy chcą tworzyć mnie wciąż na nowo- tacy którzy ze swych snów i imaginacji usypują formę, z której ktoś kiedyś odciśnie podobiznę krótkiej chwili uniesienia. Dzięki nim trwam, po cichu czekając na atencję potencjalnych amantów. Zastanawiałeś się kiedyś jakby to było gdybym nie istniała? Znikła nagle z kapryśnych pobudek... Po jakim czasie dostrzegłbyś moją nieobecność? No tak, pierwszego dnia pewnie odetchnąłbyś z ulgą- nareszcie! Cisza! Spokój! Upragniony odpoczynek. Rozumiem, w każdym związku potrzebny jest "czas dla siebie", ale czy wyobrażasz sobie świat bez dźwięków, którymi otulam cię codziennie? Świat bez poruszających chwil w operze, gdzie oglądasz odbicie swych rozterek, tak wzruszająco wykonywanych przez śpiewaków. Tydzień bez wizyty w filharmonii, gdzie niejednokroć uroiłeś łzę gdy spływałam na Ciebie jak oczyszczenie od Najwyższego. Jeden z ekscytujących filmów, które tak uwielbiasz, beze mnie stałby się niemą farsą, przypominającą sterylne laboratorium, w którym destyluje się uczucia. Miasta milczących kurantów i hejnałów. Kościoły i liturgie bez śpiewów i organów, których z taką lubością nasłuchujesz po każdym nabożeństwie. Święta bez kolęd, wakacje bez piosenki, śluby bez wzruszających melodii. Co tam uroczystości! Lasy bez śpiewu ptaków, góry bez szumu potoków, burze puste, głuche na ludzki dramat. Wieczory bez świerszczowej filharmonii, która co noc wkłada odświętny frak, byś znów odkrył esencję życia. Jak wyraziłbyś to co niewyrażalne, gdybyś nie miał mnie u boku? Miłość, nienawiść, pustkę, opuszczenie... nawet ta Twoja furia bez wtóru moich wysłanników, wyglądałaby jak kaprysy niemowlęcia! Jak ludzie znajdowaliby kompromisy, jak rozumieliby się bez słów gdyby nie ja? Pamiętasz te chwile, gdy czułeś magiczne połączenie dusz z ludźmi których według Ciebie- nie znasz? Tak, tak- to ja po cichu zbliżałam Was do siebie, tyko na ten jeden wieczór, byś wreszcie odpuścił sobie próżność i pychę. Jestem zawsze i wszędzie, bo wkońcu cisza, to też Ja- ogołocona z sukni utkanych z cudzych pragnień i upojeń. Mijam Cię codziennie. Niespostrzeżenie wkraczam w przestrzeń Twą prywatną, senną, zapraszając byś znów choć na chwilę wpadł na poranną kawę, przy wtórze słowiczych popisów i Twoich marzeń, drzemiących w każdym łyku forte con crescendo...

BLOG

Kosmiczna natura

"Muzyka jedna jest istotnie żywą sztuką. Pierwiastki jej, wibracye, drgania, to pierwiastki życia. Cicha, a dosłyszalna, potężna a niepoznana jest ona wszędzie, gdzie jest życie. Ona się łączy z wód szumem, z wiatrów powiewami, z lasów szmerem; ona jest w żywiołowych ziemi przewrotach, w ruchu planet potężnym, w ukrytych a zaciętych atomów walkach; ona jest w światłach i barwach, co olśniewają lub koją nasze oczy; ona jest w krwi naszej krążeniach, w namiętności naszych porywach, w bólach naszych serdecznych... Ona jest wszędzie i sięga dalej i wyżej niż słowo ludzkie sięgnąć może; ona się wznosi ku nadziemskim sferom czystego niebotycznego uczucia." [ I. J. Paderewski ]

Wiele wspaniałych rzeczy w naszym życiu zdarza się z przypadku... Nieplanowana inspiracja otwiera niebotyczne horyzonty; nagina czasoprzestrzeń emocjonalnych uniesień. Wiem, wiem brzmi to nazbyt patetycznie; w XXI wieku wręcz groteskowo, jednak czytając kolejne wersy Paderewskiego, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że daliśmy się ograbić z najszlachetniejszych, najpiękniejszych uczuć na rzecz cynicznej mody. Nie opisujemy już muzyki w taki sposób, dlatego też nieopisujemy jej wcale. No może poza wyznaczeniem poszczególnych ogniw, tematów... Ale jakże ubogi to opis. W świecie w którym na naszych oczach załamuje się współczesna demokracja- ludzie rozmawiają o pokemonach. Jak zatem mogą docenić letni zachód słońca, poranną ciszę, subtelny dotyk ukochanej osoby? Skoro zaś uczucie bycia w jedności z wszechświatem staje się coraz bardziej obce, skąd wziąść natchnienie? Jak zrozumieć romantyczny opis Paderewskiego? Gdyby człowiek postmodernistyczny potrafił odrzucić na moment warstwę swych przekonań i świętych racji, odnalazłby spokój prowadzący do poznania siebie, swego miejsca we wszechświecie; zrozumiałby swą rolę w kontekście historycznej ciągłości. Ach, gdyby tylko dążenie do doskonałości, sukesu, szczęścia, nie przysłaniało mu radości odkrywania, odnajdywania piękna w tym co otacza nas każdego dnia- jakże mógłby poszerzyć paletę swych doznań, przeżyć... Muzyka łączy się z naturą, z emocjami, z przeżyciami dając nam prawdziwe katharsis- zarówno wykonawcom jak i publiczności, którzy podczas koncertu stają się nierozerwalną całością. To co powstało z namiętności, z porywu chwili, dzięki muzykom (aktorom) na nowo staje się rzeczywistością tu i teraz, by uwolnić zebranych od demonów przeszłości. "Ona jest wszędzie, i sięga dalej i wyżej niż słowo ludzkie sięgnąć może"- dlatego też włada emocjami, myślami ludzi, społeczeństw, narodów, kultur. Gdybyśmy częściej, na wzór dziecięcej szczerości potrafili odrzucić strach przed patetycznością, wzruszeniem, barwną imaginacją- muzyka odzyskałaby swe najważniejsze atrybuty, które powodują, że jest ona "istotnie żywą sztuką"...

BLOG

"Odwieczne Pieśni"

Kilka razy poruszałem na łamach blogu, kwestię edukacji kulturalnej. Bilans wszystkich tych wypowiedzi, nie napawał optymizmem. Pora wreszcie opowiedzieć o najwspanialszym dziele muzycznej ( i nie tylko ) ekspansji, która co roku sprawia, że wakacje obfitują w ciekawe event'y kulturalne. Z wielką radością i sentymentem sięgam do chwil, gdy przed laty jako pełen entuzjazmu słuchacz- meloman, uczestniczyłem w wielu wakacyjnych festiwalach na terenie całej Polski (od Tatr po Morze...). Te chwile spędzone z muzyką na żywo, były dla mnie o wiele ciekawszą lekcją historii muzyki; i niewątpliwie kreowały wewnętrzny język dźwięków i barw. Pamiętam fenomenalne koncerty kameralne w Atmie, gdzie po raz pierwszy słuchałem triów Rachmaninova na żywo. Koncerty organowe, dzięki którym moja pasja stawała się coraz bardziej świadoma. Symfonię Lobgesang Mendelssohna na Festiwalu w Krakowie... Muzyka otaczała mnie zewsząd- wciągając w swój magiczny świat. Na szczęście tradycja "festiwalowej Polski" przetrwała kryzysy, co więcej- rozrosła się, tworząc sieć kulturalnej mapy kraju. I tak w każdym Mieście znajdziemy plik Festiwali: z Muzyką Klasyczną, Kameralną, Organową, Fortepianową, Dawną, Współczesną, Filmową, Operową, Ludową, Rozrywkową ect. Do tego wydarzenia związane z Teatrem, czy Sztuką Filmową. Prawie w każdej szanującej się miejscowości turystycznej, mamy okazję uczestniczyć w koncertach kameralnych lub recitalach, często z tzw. "lżejszym repertuarem" (przez który, nieustannie edukujemy publiczność). Rozpiętość repertuarowa jest ogromna, dzięki czemu zarówno dojrzały meloman, jak i ten, który zajrzy z ciekawości, znajdzie coś dla siebie, coś co nie pozwoli mu nigdy zapomnieć o sile muzyki. Paleta barw, odcienie emocji są gigantyczne, bo przecież muzyka "poważna", to nie tylko doniosłe dramaty, ale i sztuka medytacyjna, rozrywkowa czy wreszcie komediowa. Nie da się wyciąć żadnej z nich i zakopać w odmętach zapomnienia, uznając za sztukę niższego rzędu. Wykluczanie którejkolwiek naturalnej emocji, zaburza zdrowie psychiczne każdego pacjenta. Przez komedię, łatwiej pokazać (w krzywym zwierciadle) wszystkie bolączki współczesnego świata. Dramat pozwoli nam na głos wypowiedzieć najbardziej nurtujące pytania. Rozrywka pomoże nam uspokoić skołatane nerwy. Wszystko to znajdziemy niemal codziennie- gdyż w wakacje koncertów jest bez liku. Gdzie się nie obrócimy- kultura na wyciągnięcie ręki, edukacja najwyższej próby, bez podręcznikowych wytycznych, i podpunktów do przyswojenia, często okraszona ciekawą konferansjerką, wprowadzającą nas w świat metafizycznych uniesień. Wielki Świat- wokół nas...

BLOG

Reżyseria

Tuż po Brexicie, na samym początku wakacji i tuż po pierwszym letnim koncercie. Tak się składa, że w każdej dziedzinie życia znajdujemy się pod wpływem manipulacji lub sami jesteśmy jej reżyserami. Najlepiej byłoby być świadomym organizatorem własnego życia, choć nie da się tego osiągnąć w 100% (nawet gdyby się dało - życie to także spontaniczność, zmienność, oddanie się chwili). Nie dając się lękom społecznym serwowanym nam przy każdej możliwej okazji w postaci negatywnej kampanii. Bycie reżyserem to bycie obserwatorem rzeczywistości - najczęściej przez pryzmat danego problemu czy idei. To zadawanie tysiąca pytań pozostawionych bez odpowiedzi. Poszukiwanie znaczeń, alegorii czy nie jednoznacznych symboli, w świecie w którym coraz rzadziej chcemy badać własną tożsamość. W pewnym stopniu reżyserujemy całe swoje życie starając się zniwelować kod podświadomości- tak uparcie zapisany w naszym charakterze. Bycie instrumentalistą - reżyserem to kreowanie akcji dramatycznej w taki sposób, by przekaz poza werbalny był odbierany naturalnie. Nie do końca ważne jest to czy będzie to koncert przekrojowy czy monolityczny. Czy będzie utrzymana okropna zasada "szybka- wolna " , "forte-piano". Czy będzie "ciekawie", różnorodnie-  co czasem prowadzi do przekroczenia granicy kiczu. Każdy kto był na organowym recitalu z muzyką Bacha, czy fortepianowym- ułożonym z samych "Chopinów", musi przyznać, że przebywanie z jednym twórcą potrafi wprowadzić nas w zupełnie inny świat percepcji brzmieniowej i emocjonalnej. Serwowanie przeglądów nie jest rozwiązaniem gwarantującym atencję publiczności. Co więcej- trudno skupić uwagę biegnąc przez poszczególne sale muzeum ze świadomością, że mam godzinę - w której ile zobaczę (zrobię zdjęć ) to moje. Nie lepiej usiąść w kilku miejscach lub tylko w jednej sali, by medytować przy dziele najważniejszym? Ta choroba karząca zbierać jak najwięcej doświadczeń, odbiera nam możliwość zamyślenia, powiedzenia nie wiem lub nie chcę. Zwiedzamy wieczne Miasta, odhaczając na turystycznej mapie punkty, które "trzeba zobaczyć", choć więcej dałoby nam wypicie kawy w bocznej ulicy z "tubylcami". Nigdy nie poznamy całego świata- jedynie jego cenne drobinki, które odmienią nasze życie. Wysłuchać całą symfonię organową to jak obejrzeć fenomenalny film w kinie- kawałkowanie z lęku percepcyjnego to jak oglądanie tego samego filmu w telewizji ... pocietego na kolejne "odcinki" (najlepiej przypadkiem trafić na 3 odcinek i przez pierwszych 15 minut zastanawiać się "o co chodzi "). Na koniec chce złożyć pisemny protest w obronie słuchaczy. Myślę, że zarówno wykonawcy jak i organizatorzy nie doceniają melomanów, decydując co jest dla nich "przyjemne", a co "za trudne". Trzeba zaznaczyć jak ważną rolę edukacyjną odgrywają "festiwale wakacyjne" i jak bardzo to doceniam i rozumiem. Jednak dobrze wyreżyserowany koncert powoduje, że to co w naszym odczuciu jest trudne - publiczności podoba się najbardziej.  My, znający zasady na jakich zbudowany jest dany utwór, złożoność harmonii czy struktur rytmicznych zapominamy, że muzyka odbierana jest przede wszystkim podprogowo- jako przeżycie, doświadczenie- a nie jako analityczny, logiczny ciąg zdarzeń. Jeśli odnajdziemy prawdę w tym co wykonujemy, żadna wrażliwa dusza nie przejdzie obok tego obojętnie. Przypomnijmy sobie jak po raz pierwszy przeżywaliśmy Brahmsa czy Rachmaninova ...

BLOG