#Równo

Wszystko bije swoim naturalnym pulsem. Dzwony wyznaczają pory dnia, zapraszają na spotkanie. Miarowo, nienachalnie wypełniają swoim brzmieniem skwery miejskie i wiejskie zaułki. W ptasim radio również wszystko odbywa się według pradawnych, dobrze znanych zasad. Kukułka odlicza długie, quasi regularne sekundy, by w jej mniemaniu wyśpiewać swoje codzienne przesłanie we właściwym tempie. Dzięcioł wybija miarowo, choć ze zdecydowanymi odchyleniami od normy, nie bacząc na nieścisłość formy. Mrówki maszerują zdecydowanie i w równych odstępach, jakby od zawsze wiedziały jak radzić sobie z nadmiernym wysiłkiem. Wszystko w sobie znanym pulsie - wszystko w normie. Potoki górskie, strumienie, wodospady płyną z prądem, znaczy się miarowo, bez większych przeszkód. Serce sterowane przez podświadomość bije niemiłosiernie, niestrudzenie, to przyspiesza, to zwalnia odpowiadając na interpretowane przez nas bodźce. Serce bije nieświadomie do czasu badania lub załamania koniunktury. I deszcz pada miarowo - w tempie largo, presto - jak Pan życzy! Tak, miasto też żyje miarowo choć niezbyt naturalnie. Przyśpiesza gwałtownie, wzdryga się, lęka się spóźnienia czy niedopełnienia jakiejś mało istotnej obietnicy. Miasto oddycha astmatycznie, wypluwając daremny wysiłek swych mieszkańców. Żyje pulsem niestabilnym, nerwowym, pełnym zatorów, ślepych zaułków. Stara się dogonić własny ogon, odliczając niespokojnie minuty do kolejnego porannego szczytu. Wszystko bije swoim naturalnym pulsem, płynie właściwym sobie rytmem. I choć to oczywiste, to pojęcie pulsu w muzyce nie jest już tak proste. Od dziecięcych lat (choć częściej z przymusu niż z rozsądku) wspomagamy się artystyczną protezą, która bardzo gustownie wpisuje się w wystrój mieszczańskiego domu, stojąc dumnie na zakurzonym pianinie. Metronom. Koszmar senny wszystkich nie przepadających za nadmiernym ćwiczeniem muzyków. Postrach uczniów szkół muzycznych każdego szczebla. I choć ów przymusowy partner nauczył mnie w młodości bardzo dużo, dziś zdaje się być niewystarczającym środkiem na koleiny nierównej, niepoukładanej gry. To zabrzmi banalnie, ale na prawdę - żyjemy już zbyt szybko, by w tym wszystkim ot tak znaleźć naturalny puls. Może sto lat temu było to jeszcze możliwe, ale nie dziś, gdy wyciszenie, spokój, alienację odczytuje się jako przejaw lenistwa, lub w najlepszym przypadku postaw aspołecznych. Jednym z najlepszych sposobów nauczenia się utrzymywania naturalnej pulsacji jest...spacerowanie! Oczywiście nie byle jakie spacerowanie po zatłoczonych miejskich ulicach. Raczej długi, odprężający spacer na łonie natury (tak, tak pomimo przerażających kleszczy i wszystkiego co dziś czyha na nas w lesie!). W ciszy, w samotności z zaskoczeniem odkrywamy naturalny rytm życia, który był w nas od zawsze - zagłuszony przez codzienny harmider, zasypany stertą wielu uwag wykonawczych. Z każdym krokiem umysł się uspokaja, odpręża, czerpiąc radość z bezcelowej wędrówki. Docierają do nas dźwięki przyrody, o których już dawno zapomnieliśmy - szum morza, śpiew ptaków, szmer spadających liści. Czasem, po dłuższym dystansie powraca do nas utwór nad którym pracujemy, płynąc naturalnie - odtwarzany przez nasz słuch wewnętrzny. Słyszymy wówczas więcej, bo nareszcie mamy czas, nie skrępowany fizyczno-umysłową pracą przy instrumencie. I nagle wszystko staje się proste. Jakby rozwiązanie problemów tkwiło w nas od samego początku, tyle, że zagłuszone przez paplaninę otaczającego świata. Wszystko bije swoim naturalnym pulsem, także i my, i muzyka w nas, jeśli tylko zechcemy ją prawdziwie usłyszeć...

BLOG

Primo

To już wrzesień. Dni stają się coraz krótsze. Ziemia przyjmuje zupełnie nowe, fascynujące barwy. Skroplona esencja słonecza kreuje nowy, jesienny krajobraz. Ulice powoli milkną. To już wrzesień. Koniec i początek. Wracamy do szkół, rozpisujemy nowe plany zajęć, przygotowujemy programy nauczania. Odliczamy dni i miesiące do pierwszego długiego weekendu. Zawsze we wrześniu szukamy odpowiedzi na pytanie - czym jest edukacja, kim jest dobry nauczyciel? Na czym polega fenomen pedagoga, który swoją postawą realnie wpływa na życie podopiecznych? Wszyscy byliśmy kiedyś młodymi, zapalonymi uczniami i na pewno pamiętamy, że w naszym życiu pojawiali się nauczyciele, którym ufało się bezgranicznie, którzy przyciągali do siebie, inspirowali. Nauka wówczas przestawała być utrapieniem, a stawała się czymś na kształt odkrywania z całym emocjonalnym bagażem jaki niesie z sobą postać odkrywcy. Bo odkrywca jest pochłonięty poszukiwaniem, dumny z odnalezionych rozwiązań. Odkrywca myśli, wie, że jego życie ma wpływ na otoczenie. Wierzy w słuszność wyznawanych idei. Wie, że nikt go nie skrzywdzi, bo czuwa nad nim pedagog - człowiek wyrozumiały, otwarty, gotowy na polemikę, słuchający. Oczywiście byli też i tacy nauczyciele, którzy uważali, że jedynym zadaniem ucznia jest wykonywanie poleceń, zaliczanie materiału, odhaczanie sprawdzianów, siedzenie cicho i pokornie - bez wyrażania swojego mało ważnego w świecie dorosłych zdania. Naiwnym jest jednak twierdzenie, że drugi człowiek nie myśli, nie czuje, zwłaszcza w czasach, w których każda informacja staje się łatwo weryfikowalna. To już wrzesień. Młodzi muzycy powracają do swoich mentorów pełni pasji, nowych marzeń programowych, nowych przeżyć, które być może znacząco odmieniły ich pojmowanie sztuki. Może przeżyli pierwszą miłość? Może poznali piękno i siłę natury? Może w czasie wakacji byli na koncercie, który otworzył nieznane do tej pory aspekty muzyki? Ach, jakaż szkoda, że nauczyciele nie składają przysięgi Hipokratesa! Po pierwsze nie szkodzić. W szkołach artystycznych owa maksyma ma ogromne znaczenie. Nie produkujemy bowiem kolejnych rzemieślników, którzy z klapkami na oczach mają podążać za naszym subiektywnym poglądem na sztukę i na świat. Nie produkujemy też swoich klonów, bo przecież światu jeden "ja" wystarcza w zupełności. Gdyby naszym zadaniem było tylko karcenie, zamykanie na różne możliwości to zapewne owoce naszej pracy byłyby zatrute nienawiścią. Brak miłości, empatii jest główną przeszkodą w przemawianiu poprzez sztukę do drugiego człowieka. Same rozwiązania czysto formalne schodzą na drugi plan, gdy nasze zaangażowanie nie przynosi upragnionych efektów - nie porywa, nie komunikuje niczego odbiorcy. Uczeń, którego dostajemy pod swoje skrzydła posiada zapewne zupełnie inny słuch wewnętrzny od naszego. Ma odrębną wrażliwość. Wpływają na niego przeżycia wyniesione z dzieciństwa. Czasem poprzez uszanowanie jego odmienności możemy pomóc mu osiągnąć maksimum swoich możliwości techniczno-artystycznych. Prowadząc go ścieżką posłusznego wypełniania nakazów, powodujemy ogromne spustoszenie w jego wewnętrznym świecie dźwięków. Uczenie muzyki w którym na samym początku zabijemy wyobraźnię, zdławimy naturalny potencjał to nic innego jak działania apodyktycznego rodzica, który zabrania dziecku wyrażania jakichkolwiek emocji. Autorytet zdobywa się nie poprzez zakazy, a poprzez postawę artystyczną, otwartość i prawdziwe wsparcie. Po pierwsze nie szkodzić. Nie dusić. Szanować i akceptować młodszego przyjaciela muzycznej podróży, który wpływa także i na nasz rozwój.

BLOG

Contrapunctus

"Artystą się bywa, człowiekiem się jest" /J. Stuhr/

Józefina żyła przekonaniem, że na szczęście trzeba zapracować. Czytała po nocach poradniki - "Jak być asertywnym", "Co jeść by żyć wiecznie", "Czym trują nas współcześni producenci warzyw". Chłonęła zbieraną wiedzę, niczym panna stęskniona za swym przyszłym kochankiem. Józefina wiedziała, że tylko dobrze zbudowane ego, daje gwarancję sukcesu (czymkolwiek miałby on być). Sukces bowiem w świecie Józefiny oznaczał wieczne niezaspokojenie. Gnanie przed siebie. Człowiek sukcesu to byt zapracowany, zmęczony, nad aktywny. Pomna tych słów Józefina stwarzała pozór zabiegania, dzięki czemu usilnie wierzyła, że w oczach tubylców jest obrazem szczęścia i spełnienia. W każdym podejmowanym zadaniu, stwarzała na własne cele sieć niewidzialnych "problemów", "przeszkód", których bohatersko będzie mogła się lękać. Joanna d'Arc wśród tabletów. Niestrudzona poszukiwaczka ludzkich słabości. Już we wczesnej młodości odkryła nieopisane uczucie, niepokojące, nie podlegające żadnym kategoryzacjom. Ni to dobre ni to złe. Ot werterowski ból istnienia. Jako wprawiona pragmatyczka wiedziała, że to czego nie można nazwać, sklasyfikować - nie nosi znamion istnienia. Trzy dowody na istnienie Boga, sześć dowodów na istnienie szatana - oto przepis na w miarę normalne życie. Tak - tak, nie - nie. Wszystko inne, jest przerażająco tajemnicze, nieprawdopodobne, więc należy to dla przykładu wyśmiać i wyszydzić. Ostatnimi czasy jednak to młodzieńcze, wyparte doznanie, powracało do niej coraz częściej, manifestując się w zdiagnozowanych przez specjalistę objawach depresji (wszystko przecież można i trzeba wyjaśnić - jedna pigułka rano, dwie wieczorem). Bała się tej swojej przeklętej choroby, bowiem wszystkie jej podręczniki określały ją jako słabość, a człowiek słaby postrzegany był przecież jako przegrany. Postanowiła z nikim nie dzielić się swymi wątpliwościami natury egzystencjalnej. Filozofia to przecież pseudonauka leniuchów. Starym sposobem, wybrała sobie piękny, nowy głaz, który będzie dźwigać na swych barkach, by udowodnić komunie, że mimo przeciwności losu jest w stanie żyć szczęśliwie, osiągając immanentny sukces. Dni spędzane na opowiadaniu najbliższym jak ten nowo wyciosany głaz jest ciężki i nieporęczny przywróciły jej radość ducha. Nic bowiem tak nie wzmacnia dobrze zbudowanego ego, jak litość połączona ze szczyptą podziwu. Nadczłowiek - to brzmi godnie. Powróciła więc do notorycznych narzekań, wyliczając na placach miejskich przeciw wskazania, niebezpieczeństwa, jakie wiążą się z natarczywym nieróbstwem, które ostatnio zbiera ogromne plony. Jakże tak można pozwalać sobie na nieregulaminowy spacer? Kto to widział drzemać w południe? Wolnomyśliciel? Artysta? Wszystko to wymówki dla społecznych wyrzutków, którzy dla własnej wygody odrzucają błogą wizję sukcesu przez zapracowanie. Nie ważne przecież czy dana praca przynosi jakiekolwiek efekty, ważne, że wyczerpuje, dając człowiekowi błogie uczucie spełnienia - oto ja, spełniający wszystkie wymagane normy. Ecce homo. Mijały długie letnie miesiące wypełnione nieznośnym śmiechem dzieci. Słońce prężyło swe muskuły, niwecząc pracoholikom wszystkie misterne plany. "Lato to zdecydowanie kiepski czas - myślała Józefina - prawdziwie szlachetne są tylko miesiące zimowe, gdy ludzie w skupieniu oddają się swej misji." Wiedziała bowiem, że w bladym grudniowym słońcu wszelkie, najmniejsze nawet intrygi ego, rozwijają się najlepiej. Przeglądając najnowszy numer magazynu "Pokonaj wszystkich!", który prenumerowała od jedenastu lat,  natrafiła na dziwaczny artykuł o samotności, która zdaniem autora jest najlepszym lekarstwem na zabieganie. O zgrozo! W tak zacnym piśmie tak nietaktowny, nienaukowy artykuł? Nie myśląc zbyt wiele postanowiła wystosować oficjalną skargę, w której napiętnuje brak profesjonalizmu redaktora naczelnego. No bo jakże to tak. Przecież on za to odpowiada! Jak mógł pozwolić na wypuszczenie tak wątpliwej jakości artykułu. Nie można robić ludziom wody z mózgu. Świat jest jeden. Ideologia jest jedna, właściwa, zdrowa. Ten paskudny artykuł to wrzód na zdrowym ciele społecznym! Używając wszelkich znanych jej profesjonalnych form redagowania oficjalnego pisma, w którym: a) należy mile się przywitać, b) przedstawić swoje zażalenie oraz dobrać do niego odpowiednio przekonującą argumentację, c) pożegnać się przyjaźnie, by nie palić za sobą mostów. Tak przecież robi osoba dobrze wychowana - narzuca swoje zdanie w bardzo kulturalny i niemalże uległy sposób. Nie minęły dwa tygodnie, gdy przyszła odpowiedź. W pierwszej chwili nie wiedziała co myśleć. Stała w odrętwieniu niczym świadek kolizji drogowej. Było to dosłownie na chwilę przed atakiem lęku, połączonego z tym dobrze znanym uczuciem "bycia" z dzieciństwa. Na białej, elegancko pozaginanej kartce widniały słowa z podpisem redaktora. Bez grzecznościowych formuł, bez trzymania się etykiety. Tylko jedno zdanie wyssane z tragedii Szekspira: "Serce nasze bowiem jest najczynniejsze, kiedyśmy samotni".

BLOG

Muzyczna Niepodległa

Muzyczna Niepodległa. Brzmi pięknie i wzniośle. Już kilkukrotnie poruszaliśmy na blogu temat edukacji muzycznej. W zasadzie bez skutku, bo były to tylko utopijne marzenia. Początek wakacji jest dobrym momentem do pochylenia się nad stanem naszej edukacji kulturalnej. Ba! Szkolnictwem w ogóle! Bo cóż z namiętnego przyswajania wiedzy niekoniecznie niezbędnej w życiu człowieka, z zaliczania i przekraczania kolejnych stopni wtajemniczenia, jeśli w procesie dydaktycznym zabraknie miejsca na kreatywność, na wsłuchanie się w potrzeby młodych ludzi? Są dużo ważniejsze rzeczy od przysłowiowego pantofelka, o amebie już nie wspominając. Ci młodzi ludzie kończąc szkołę, nie posiadają żadnych narzędzi, które w przyszłości pozwoliłyby im się dalej rozwijać. Nie rozumieją otaczającego ich świata, jego przemian, nie rozróżniają systemów wartości. Nie posiadają pzekonań, bo dowodem ich wykształcenia jest tylko papier, na którym liczba procentowa wskazuje na ile wyuczyli się o narodowych lekturach, ile wkuli wzorów i ile odmian czasownika "to be" znajduje się w ich apanażu wiedzy. Koniec. Niestety, przeciążenie historyczną nostalgią, powoduje, że w edukacji sięgamy przede wszystkim do modelu XIX-sto wiecznego, na którym oparliśmy także współczesne pojęcie tożsamości narodowej. Sienkiewicz, Wyspiański, poruszali przede wszystkim problemy swoich czasów. Ich kunszt, wyobraźnia są ważnym źródłem inspiracji, które jednak nie rozpala serc młodzieży do zaczytywania się w powieściach, kryminałach... czy chociażby gazetach! Uczenie sztuki tylko przez pryzmat historycznego panteonu jest wyrządzaniem ogromnej krzywdy zarówno kulturze jak i społeczeństwu. Nie ma co daleko szukać. Także i w szkołach muzycznych wciaż dominuje trend zapisywania zeszytów suchymi faktami (a to, że Beethoven w piątej symfonii wprowadził puzon...lub zamiast ćwiczeń harmonicznych przy instrumencie - ćwiczenia matematyczno-cyfrowo-nutowe przy tablicy) zamiast słuchania wraz z nimi, odkrywania sensu muzyki, tłumaczenia dlaczego coś jest ponadczasowe, dyskutowania o różnych wykonaniach. W szkole brak jest prawdziwego poznania rzeczy. Zbyt często uczeń zmuszony jest do zaliczenia danego materiału na podstawie opisu sporządzonego przez pedagoga. Prawdziwy rozwój, poznanie, wiąże się ze słuchaniem, dotykaniem, odkrywaniem, rozmową. Niestety, w szkołach powszechnych, edukacja humanistyczna opiera się tylko i wyłącznie na uczeniu się o literaturze. Nie dziwmy się zatem, że dla pokolenia milenersów sztuka staje się produktem zbędnym. Fascynacja kulturą bierze się z głębokiego poznania, doświadczenia. Edukacja muzyczna powinna się odbywać przede wszystkim poprzez kontakt ze sztuką. Nie na zasadzie "Chopin wielkim kompozytorem był", lecz poprzez nawiązanie emocjonalnej więzi między dziełem a przyszłym odbiorcą. W wielu produkcjach filmowych pojawiają się cytaty muzyczne z kręgu tzw. muzyki poważnej, do których młody człowiek powraca chętniej niż do swoich ulubionych gatunków. Dlaczego? A no właśnie przez związek emocjonalny. Poprzez skojarzenie konkretnego utworu z obrazem, sytuacją. Oczywiście on nie wie, że jest to środkowa część koncertu fortepianowego Mozarta, napisana między rokiem tym a tym, dedykowana temu a temu, przypisywana do "drugiego okresu twórczości". Być może lepiej dla niego, że nie wie. Chwyta to co go poruszyło i wraca do tego pomimo pozornych braków w wykształceniu. Szkoła powinna przede wszystkim wpajać potrzebę poszukiwania, obcowania ze sztuką. Powinna nauczyć młodych ludzi, że w jej ramionach mogą znaleźć ukojenie, rozgryźć trudne tematy, odnaleźć symbolikę i mistycyzm. Idealna lekcja muzyki? To ta, w której obok Beethovena czy Mozarta, jest także miejsce na Jacksona, Sinatrę czy Beatelsów...no i sporą dawkę folkloru, którego nie wiedzieć czemu... wciąż się wstydzimy. Poprzez łączenie różnych odmian sztuki można ukazać jej sedno, do którego dąży się nie poprzez wyuczenie, lecz doświadczenie, przeżycie, poznanie. Tylko tak można wykształcić gust muzyczny oraz nauczyć przyszłego melomana, że muzyka "poważna", poważną bywa tylko z nazwy. Pierwsza zasada: przede wszystkim - "nie straszyć"!

BLOG