Adagio

Chyba się mylił. Pan niosący zrozumienie i nadzieję. Mistrz, obserwator, ten który nie wiedział na sto procent, za to na dwieście poszukiwał. A może wcale się nie mylił? Może to po prostu dychotomia czasów? Może odrzuciliśmy mimesis by w jakiś tajemny sposób przekroczyć próg niemożności reinkarnacji, tej pierwotnej potrzeby nieprzerwanego trwania... Tak, Nicolaus Harnoncourt wiedział doskonale co mówił, gdy zdecydowanie potępił odrzucanie muzyki współczesnej. Pisał wręcz, że tylko ze zmianą sposobu życia, zmieni się i sztuka, bo ta zawsze odzwierciedla sytuację wewnętrzną człowieka. Po trzydziestu latach nie sposób nie przyznać mu racji. Świat się zmienił. Sztuka się zmieniła. Tylko dlaczego poszły w przeciwnych kierunkach? Czemu świat wciąż przyśpiesza, jest niecierpliwy, domaga się ciągłej zmiany, aktywności...podczas gdy sztuka... No cóż! Żyjemy w epoce adagiów! Niezmienności fraz, powtarzalności, nieśpiesznym napawaniem się wibracją, brzmieniem, barwą, gestem. Oddychaniem pełną piersią, wewnętrzną fantasmagorią. Epoka adagiów jest niczym niespisany postulat rewolucji -kwiczącym drogowskazem - jesteś! Na prawdę jesteś! Nie tylko w swoich zagonionych myślach, nie tylko w planowaniu idealnego "ja", nie tylko w cybernetycznym zgiełku, który ma zapewnić Ci długowieczną szczęśliwość. Jesteś bezkresem przeżyć, lęków, marzeń. Adagissimo wybudza Cię z tych paranaukowych naleciałości, które miałyby być czyimś pomysłem na Ciebie. Kompozytorzy wbrew starożytnej zasadzie mimesis, próbują wyznaczyć drogę innego naśladownictwa. Próbują tej niepokojącej gry postojów, w której ogarniają nas tłumione emocje. Nie jest to jednakże pierwsza próba w historii. Bo jakże tłumaczyć popularność impresjonizmu na przełomie XIX i XX wieku, a więc czasu wielkich napięć społecznych, dekadencji - czasu, którego owocem była przecież "wielka wojna"? Czyżby twórca przełomu wieków zawsze musiał stawać w szranki z misją wybudzania ludzi ze snu, z iluzji jaką daje wiara w postęp czy nienawiść wobec odmiennych koncepcji egzystencji? Być może wciąż w uszach, podświadomości twórcy żyjącego w erze post prawdy dźwięczą prorocze słowa Platona - "Co jest piękne, to jest nim zawsze i samo dla siebie". Ba! Co więcej! Platon dowodził, że aby wykonać dobre dzieło, trzeba wpatrzeć się we wzór wieczny! Może to właśnie nowy klucz współczesności? Zapatrzenie się w naturę? Epoka adagio zmienia funkcje życiowe zarówno twórcy, odbiorcy jak i... wykonawcy. Ten biedny muzyk ćwiczył przecież całe życie, uczył się trudnych chwytów, pasaży, by właśnie nimi zachwycać publiczność. Sensem jego istnienia była ciągła walka z materią, mierzenie się z karkołomnymi, nienaturalnymi zabiegami, za których wykonanie otrzymywał wieniec laurowy bez zbędnego filozofowania. Jaka będzie funkcja muzyka czasów nieśpiesznych? Czy rozkocha się w tej nieograniczonej swobodzie wyrażania prawdy za pomocą barwy, będzie poszukiwał przestrzeni, oddechu, pełni wyrazu, czy też zamknie się w wieży narzekań na niedocenienie jego cudownego warsztatu? Tak, minimalizm odsłania to, co w ekspresjonizmie przytłoczone zostaje gadaniną wyczerpanych wędrowców. Zmienia się perspektywa słyszenia, patrzenia, niknie podział na wykonujących, tworzących i słuchających bowiem dzieło sztuki jest dobrem łączącym jednostki, nie zaś trampoliną dla błyskotliwych sukcesów.

"Nie mogę w życiu i malowaniu obejść się bez czegoś, co jest większe ode mnie, co jest moim życiem - bez zdolności tworzenia" /V. van Gogh/

BLOG

Illusion

Pokaż mi, jak traktujesz muzykę, a powiem Ci kim jesteś. W tej dżungli nieposkromionych rytmów, kolarzu wrażeń, konstrukcji sprzecznych dogmatów skrapla się kondycja ludzkiego serca. Sześćdziesiąt na minutę i jesteś w normie. Sto dwadzieścia na sekundę - wciąż jesteś w normie. Aksjomat przetrwania. Dobrze by było, gdyby działał podświadomie i nie zaprzątał nam głowy. Łomotanie serca dostrzegamy przecież tylko w ekstremalnych warunkach, gdy niczym leśna zwierzyna lękamy się o swoje życie. Paradoks taki. Gdy mamy zasiąść za klawiaturą (czasem nawet i za pięcioma) i rozpocząć opowiadanie (całkiem spokojne, takie na przykład "franckowskie"), a tu nasz wewnętrzny puls szykuje się raczej do presto molto accerelando... Nie miarkujemy się w tym co mogłoby być naturalne. No bo jak oddychać z frazą, gdy przed nami zadanie, które mimo, iż sprecyzowane to jednak jakieś takie rozmyte w przepastnej przestrzeni ludzkiej emocjonalności. Byłoby dobrze, gdyby muzykowanie domowe nigdy nie stało się sceniczną obsesją. Trudno pogodzić się z tym brakiem intymności w wielkiej sali, starożytnej arenie, wypełnionej ludzkim kasłaniem, gadaniem, numerkami z szatni...no i tymi magicznymi prostokątami, które uwielbiają wygrywać nieposkromione melodie w tak zwanych pauzach generalnych. Biedne to tak osobiste opowiadanie, wystawione na tysiące spojrzeń, estetycznych ocen, czy (co gorsza) na negację treści. Szlachetny to bohater, który obronną ręką wyjdzie z tego zamieszania, zatapiając się w dźwiękach, w swej oddanej kochance na oczach tych wszystkich spragnionych. Pokaż mi, jak traktujesz muzykę, a powiem Ci kim jesteś. Przekłuwaj melodie na zdania, przemieniaj frazy w nieopisane obrazy, przenosząc synestetyków w najdalsze obszary poznania. Śpiewano bowiem od wieków, by poradzić sobie ze smutkiem, by wyrazić radość, by unieść się ponad prozę, która nigdy nie rozwiązuje problemów, a często wręcz uwielbia się w nich zatapiać bez końca. Śpiewaj donośnie wobec garsonek i krawatów, o tym jak zbolałe jest Twe serce, które w osamotnieniu szuka ukojenia, z wdzięcznością wspominając minione letnie popołudnia przy soku z pomarańczy. Nie wahaj się za nad to. Stań tu przed nami. Już od pierwszych nut, tchnij w ten niedoprecyzowany zapis spirit - legendarną mieszaninę oddania i przezwyciężania niedogodności. Niech zadrżą mury fasadowego zadowolenia. Tam, o tam w oddali błyszczy płomień spełnienia. Pokaż mi, jak traktujesz muzykę, a powiem Ci kim jesteś. Czyś pragmatykiem, zadaniowcem. Czyś może nadwrażliwcem. Czyś człekiem szlachetnym, który niczym olimpijczyk przekazuje współbraciom święty płomień - symbol żarliwości, pasji, mocy. Muzykę przecież odbieramy inaczej. Słyszymy ją zgodnie z tym czym wypełnione jest wnętrze. Tej jednej zmiany postrzegania sztuki nie nauczy nas żaden pedagog, jeśli sami nie znajdziemy czasu, odwagi i ochoty by otworzyć się na wibracje płynące z zewnątrz, jak i te mieszkające w nas od dnia narodzin. Instrument, sala, akustyka są tylko narzędziami za pomocą których poruszamy, tworzymy świat na nowo, łamiąc odwieczny paradygmat czasu. Czy mamy coś do opowiedzenia? - oto jest pytanie...

"Bezbarwność i brak cech szczególnych, które cechowały fortepian, stały się pod palcami wirtuoza- jego najwyższą zaletą; biały papier, czyste płótno, na którym maluje wedle własnej woli, w artystycznej zgodności z poetyczną naturą muzyki - czar iluzji tak wielkiej, że dźwięk fortepianu cały zanikał. Wielka tajemnica sztuki, w której instrument nie znaczy nic, a duch znaczy wszystko!" (A. N. Serow, 1842 o F. Liszcie)

BLOG

Sonosfera

Sonosfera. Strefa bezkresnych marzeń. Intymna pochodnia nigdy nie wypowiedzianych pragnień, lęków, tęsknot. Nieskładne próby uporządkowania wypowiedzi. Rzucanie światła na dźwięki, niezgrabnie wymykające się spod rozbieganych palców. Chęć uwolnienia się spod dyktatu myśli i rozumu, który błądzi w przekonaniu, że wiecznie patrzy lub słucha ktoś, kto może nas skrzywdzić swoją oceną. Otulam się jedwabną frazą, piękną, choć nie "moją". Utyskuję na ten przeklęty dystans, który powstał między mną a tym krótkim zapisem ludzkich przeżyć, skroplonych w szesnastkowej, eterycznej esencji. Nie wiem jak je wytłumaczyć. Nie wiem dlaczego, skąd się wzięły. Słucham, obserwuję. Sonosfera otrzeźwia, oczyszcza mnie z brudów codzienności. I już nie wiem, jak to było kiedyś, gdy po prostu się grało. Nie pytałem nigdy czy faktycznie tędy droga. Brnąłem w coraz bogatszy, dziki las, podziwiając wszystko co tylko objawiało się przede mną samo z siebie. Nie było we mnie słów. Obrazy, uczucia, dźwięki, ale nigdy ten potok pytań i odpowiedzi, który odcina mnie od obecności. Sonosfera, strefa bezkresnych marzeń. Antytetyczna, dychotomiczna - bo choć zamknięta, skroplona w formie to pełna wolności, wybrzmień, delikatności. Subtelny dotyk wypływający z ciszy i dążący do ciszy. W sztuce światłocienia uwypukla najwspanialsze cechy człowieczeństwa, o których na co dzień ze wstydem wspominamy. Muzyka to gest uprzejmości. Już nie wiem gdzie byłem. Obraz mój składa się z małych, ulotnych chwil, które dziś wspominam z rozrzewnieniem, choć wydają mi się tak obce... Zrozumienie otrzymane od Liszta, który otarł mi łzy, gdy rozgrywał się jeden z moich największych dramatów życiowych. Odwaga darowana przez Widora - to on nauczył mnie władać emocjami. Obecność dana mi przez Brahmsa, który wbrew pozorom bardzo lubił słuchać! No i Franck, który wreszcie nauczył mnie oddychać pełną piersią. Wspomnienia, wdzięczność i melancholia. Dziś nasze spotkania bywają różne. Nie zawsze się rozumiemy. Siedzimy w milczeniu ze zdziwieniem, pytając jak to możliwe, że kiedyś było nam razem po drodze... Jak to możliwe, że słyszeliśmy, czuliśmy się zupełnie inaczej, szczerze, intuicyjnie. A może nasza intymna pochodnia już dawno się wypaliła? Tak, wiem - kluczem do odnowy jest moja obecność - porzucenie gonitwy, chęci rywalizowania, zdobywania, spojrzenia przez pryzmat "zadaniowości". Kiedyś miałem dostęp do tajemnych wrót muzyki i nawet o tym nie wiedziałem, dziś wiem, że poszukuję ich na próżno, gdzieś na zewnątrz, poza sobą. Czyż nie dlatego bohaterami romantyków byli ludzie młodzi, zagubieni, tacy, którzy jeszcze nie zatracili poczucia bycia częścią wszechświata. Ci młodzi werteryści...kim zostaliby na starość? Może byliby jak dzisiejsi hipisi po 70-tce? A może zrzucili by swe cudowne młodzieńcze doświadczenia na karb głupiego idealizmu i zamknęli się w szklanych korporacjach? Pod pręgierzem garnituru i teczuszki coraz trudniej o ciszę, dźwięki, subtelność i obecność. Stać się jednią z brzmieniem, frazą, formą. Odpuścić kontrolę i przekonania. Być świadkiem, nie inicjatorem. Wejść w odpowiednią wibrację... Sonosfero! Przybywaj!

BLOG

Love!

"Zarówno dźwięki w muzyce, jak i barwy w malarstwie powinny opowiadać nie tylko o sobie samych: patrzcie, jakie jesteśmy jaskrawe, piękne, głośne i śpiewne. Stają się muzyką, obrazem dopiero wtedy, gdy zaczynają snuć opowieść o ludzkim życiu czy pięknie przyrody. Mowa dźwięków i barw powinna być mądra i ciekawa. Dopiero wtedy będzie piękna" /Arkady Klonow, "Tam gdzie mieszka Muzyka"/ 

Nie uwierzycie, ale te piękne słowa znalazłem w książce o muzyce, przeznaczonej dla dzieci, wydanej w roku moich urodzin. Ze wzruszeniem wspomniałem pierwsze dźwięki, które wydobywałem z kiepskiego klawiszowego instrumentu, który nie mógł się obejść bez zasilania elektrycznego. Pierwszą fascynację organami, pierwszy koncert na żywo w filharmonii. Pierwsze, młodzieńcze zachwyty nad muzyką Mozarta i Haydna. Wreszcie zachłyśnięcie się potęgą muzyki romantycznej, pierwsze Rachy i Czajkowskie... a nawet zachwyt nad mrocznymi, patetycznymi konstrukcjami Szostakowicza. Sensem tego co dziś nazywam pasją były piękno i uczucie, wiara w to, że muzyka jest też mową. Muzyka wydawała się cudem. Dźwięki obwieszczały prawdę. Nie istniało we mnie kategoryzowanie, patrzenie od strony estetycznej, analitycznej. Dźwięki coś komunikowały, coś, czego dla własnego dobra lepiej było nie precyzować, nie nazywać, nie rozumieć. Jakbym podświadomie wiedział, że nazywanie tego co doświadczam, prowadziło do obdarcia muzyki z tej cudownej czystości, tajemniczości, magii. Melodia była duszą muzyki, melodia żyła w naszej mowie. Kiedy człowiek tworzy muzykę zamyka w dźwiękach emocjonalną historię, przekazuje nastrój, a my, słuchając tej muzyki, wyczuwamy go. Dźwięki i współbrzmienia zawsze mają określony charakter - nic nie zmieniło się od wieków. A jednak, podążając za hiperintelektualizacją gestu twórczego, artyści zaczęli wstydzić się piękna, prawdy, dobra, opowiadania historii. Wyrzekli się cudów, byleby tylko móc, potrafić wytłumaczyć każde zjawisko brzmieniowe w sposób logiczny i analityczny. Jakże nie przystają do tej współczesnej postawy dzieła, o których z taką lubością się wypowiadamy. Wszystkie opisy Couperina, te nieukojone melancholie Frobergera, wspaniałe opisy Liszta zdają się mówić coś zupełnie innego. Ci kompozytorzy wierzyli w piękno, w harmonię. Poszukiwali esencji zdarzeń muzycznych, nie zaś ich znaczenia w procesie rozwoju historii. Nie ważne czy muzyka pochodzi z wczesnego baroku czy dojrzałego romantyzmu. Jest ona zapisem stanu emocjonalnego, przekazem historii z przeszłości, intymnym obrazem w którym odbija się duch epoki. Założenie, że w przeszłości muzyka mogła być traktowana tylko w kategoriach czysto estetycznych, każe nam również twierdzić, iż ludzie XVII, XVIII wieku nie wyrażali uczuć wcale lub z rzadka, żyjąc życiem w którym nie ma miejsca na obecność. To jedna strona medalu. Ale co stało się z naszym postrzeganiem świata, skoro tak bardzo boimy się piękna, melodii i pulsu. Czyżbyśmy bali się tego, że ktoś zrozumie, odczuje nasz ból, który przecież w świecie sukcesu i nieograniczonych możliwości wydaje się być czymś śmiesznym i niedorzecznym? A może problemem jest sposób w jaki komunikujemy swoje emocje. Nie jestem przekonany czy ów powrót do hieroglifów jakimi są emotikony to najlepsza możliwość wyrażania swoich uczuć. W głosie, w mowie, w dźwięku zaklętych jest tyle cudownych odcieni, za pomocą których możemy wyrażać niewyrażone, a proponuje się nam krótkie wiadomości, pisane w pośpiechu, które gwarantują jedynie nieporozumienia. Czy chcemy żyć w świecie w którym piękno, prawda są deprecjonowane dla wyimaginowanej potrzeby elitarności? Po co nam wciąż muzyka, której nie chcemy słuchać? Po co nam sztuka, która nie może wyrażać niczego poza sobą samą?

BLOG