Elementarz

Jak zawsze z początkiem roku szkolnego, wiele się mówi o koniecznych zmianach, reformach edukacji. Co rusz zmieniamy program nauczania, ilość godzin spędzonych nad danym materiałem, "minimum programowe". Jesteśmy w toku przemian- nic nie stoi w miejscu. Nie sposób znaleźć złotą zasadę- jak uczyć by nauczyć- co zmienić by poprawić wyniki. Gdybyśmy jakimś cudem na 100% wiedzieli  co jest najlepsze, zapewne tak byśmy zrobili. Przez wieki edukacja muzyczna zbudowana była na relacji mistrz- uczeń- i to jest rzecz której nie warto zmieniać. Specyfika uczenia gry na instrumencie wymaga zaufania, poświęcenia, poznania się wzajemnie i dobrego kierowania podopiecznymi. Indywidualnego podejścia do każdego z nich. Psychologiczna obserwacja osobowości, temperamentu, charakteru, zdolności, wrażliwości oraz... czynników zewnętrznych pozwala świadomie kierować rozwojem młodego człowieka. W wieku XVII i XVIII spragnieni wiedzy i umiejętności adepci sztuki udawali się do konkretnego mistrza, u którego mieszkali, pracowali, pobierali nauki wykonawcze, teoretyczne, ale także te o podłożu filozoficzno- retorycznym. Taki pakiet- "all inclusive"- dzięki któremu, żadna z dziedzin muzycznej doskonałości nie była wyobcowana. W dzisiejszej rzeczywistości wszystko to zostało rozbite na konkretne dziedziny, przedmioty- które same z siebie nie tworzą sztuki. Tak często młodzi muzycy nie rozumieją, że to czego uczą się na Analizie dzieła muzycznego, Harmonii, Historii Muzyki, Kontrapunkcie- ma być pomocne w ich rozwoju wykonawczym. Uczymy analizować utwór, byś mógł sam zrozumieć strukturę wykonywanego dzieła- odnaleźć nowości, które będziesz mógł uwypuklić w wykonaniu. Poznajesz harmonię barokową, klasyczną, romantyczną byś mógł swobodnie operować danym stylem muzycznym. Spędzasz długie godziny na Zasadach Muzyki, by później rozpoznać skalę na jakiej oparta jest dana melodia, by móc swobodnie odnaleźć się w partyturze- której rozszyfrowanie jest kluczem dobrego wykonania. Piszesz referaty z Historii Muzyki, poznajesz różne idee muzyczne, pomysły kompozytorskie, by lepiej rozumieć utwór Bacha czy Francka grany na egzaminie. Noi przede wszystkim słuchaj utworów o których uczysz się cały rok- symfonii Haydna, Mozarta, Beethovena (zdecydowanie więcej zrozumiesz, zamiast wykuwać na pamięc- "W 3 symfonii 3 rogi"...)- Kantat Bacha (tak- napisał więcej niż Kantata o Kawie, o której uczą się pokolenia...), Pieśni Schuberta, Oper Mozarta (nie wierz na słowo, że Mozart jest nudny, lekii i przyjemny dla ucha). A możeby tak czasami wybrać się do Filharmonii? Zaszaleć i posłuchać na żywo Szostakowicza, Mahlera... Pendereckiego? Zrozumieć coś na żywo- bez lęku, że ta współczecha taka trudna i nudna, że przeczy pięknu, sztuce ect. Tak rzadko zwracamy uwagę na to by edukacja otwierała na świat. By rozbudzała ciekawość świata. Rozwijała pasje. Pozwalała myśleć i wyrażać swoje przeżycia. Młody Jan Sebastian Bach, po kryjomu przepisywał zeszyt z utworami dawnych mistrzów, który był własnością starszego brata. Kilka lat później udał się piechotą do Lubeki, by posłuchać Mistrza Buxtehudego. Uczył się kopiując i naśladując. Rozwijał swój genialny talent, niewzruszony krytyką. Może tu twki sedno sprawy. Nie w tym czy klas będzie 6 czy 8. Czy dziecko zacznie w wieku 6 czy 7 lat poznawać świat (Mozart zaczął edukację w wieku lat 4...). Sukcesem będzie wprowadzanie nowego myślenia (nie da się tego zrobić reformą :) )- uczymy się całe życie- rozwijanie osobowości jest dobre- edukacja jest czymś pozytywnym i pełnym pasji- "fajnie" jest chcieć! 

BLOG

Synestezja

Sztuka jest mostem, budowanym codziennie od podstaw, wiecznie nieskończonym, chwilami idealnym, często podpalanym przez inżyniera. W każdej epoce znajdziemy punkt, w którym uważano, że obceny czas jest perfekcyjny, doskonały, a twórczość odzwierciedla ideały ponadczasowe. Historia uczy nas także o momentach zwątpienia, ścierania się koncepcji świata, w których sztuka stała na pierwszym miejscu, wiodąc prym w wyznaczaniu nowych ścieżek. Zawsze po przełomie następuje stagnacja- czas cichego wypalania się wiary w zbudowane niegdyś pomniki- czas w którym już tli się nowa rewolucja. To etap w którym niedocenia się osiągnięć poprzedników, pysznie wyśmiewając naiwność ich przekonań. W tej chwili nieuwagi, zapomina się często o sensie ukrytym pod każdym artystycznym (i nie tylko działaniem). Łączenie różnych grup społecznych, jak wiemy z doświadczenia, jest zadaniem prawie niewykonalnym. Próba zcalenia kilku dziedzin życia, nie zawsze wychodzi nam na dobre. Jaki zatem jest sekret artystów którzy synestezji nadużywali wielokrotnie? Jak wpływa to na nasz odbiór ich twórczości? Wyobraźnia jest przecież kwestią indywidualną... Łączenie różnych dziedzin sztuki jest ideą "starą jak świat". Nie chodzi tu o wykorzystywanie jednej kosztem drugiej- raczej o spotęgowanie wrażenia, dotarcie do najgłębszych sfer ludzkiej egzystencji. Czasem o odbiór instynktowny, podświadomy. Poruszamy się w świecie abstrakcji, w którym nie sposób przebywać bez zanurzenia się w mistycznej rzece tajemnic. Jednym z przykładów synestezji niech będą wszelkiego rodzaju połączenia muzyki ze słowem- od średniowiecznych hymnów, przez Bachowskie kantaty, aż po pieśni- te intymne C. Ph. E. Bacha, Schuberta, Karłowicza oraz wielkie rapsody Brahmsa, Mahlera. Poezja, która stanowi warstwę słowną tych utworów, sama w sobie jest zagadką- tajemnicą, symbolem odczytywanym na wiele sposobów. To co słyszymy jest już "przefiltrowane" przez subiektywną wrażliwość twórcy- zinterpretowane, "opowiedziane", czy może lepiej- "opisane". Oczywiście, nie zamyka nam to wszystkich furtek naszej wyobraźni, wręcz przeciwnie- wprowadza nas w obszary dalece wykraczające poza techniczną analizę słuchanego tekstu. Wzmaga się emocjonala strona komunikowanej treści, która atakuje nasze zmysły ze zdwojoną siłą. Rozumienie rzeczonej treści staje się na wskroś indywidualne, zaczynamy jeszcze  bardziej identyfikować się z podmiotem lirycznym- czy to nie zadziwiające? Pomimo zamysłu poety, interpretacji kompozytora... wciąż mamy przeczucie, że to nasze, najczystcze, najbardziej skryte uczucia są pod muzyczną lupą. Albert Schweitzer pisał w swej wiekopomnej książce o Janie Sebastianie Bachu, że każdy kompozytor ma w sobie także innego twórcę- malarza lub poetę- który determinuje jego muzyczne poczynania. Za pierwszym razem włos jeży się na głowie, gdy widzimy wskazanie, że Bach mógłby być... malarzem (nauka o mowie dźwięków i o tym, że to muzyka po 1800 roku "maluje" o czym pisze Harnoncourt, każe mi wzdrygać się na każde "mylenie pojęć"). A jednak. Gdy spojrzymy głębiej, w sktruktury figur retorycznych, które "odmalowują" różne stany emocjonalne, a nawet (!) obrazy (jak w Sinfoniach w Oratorium na Boże Narodzenie) zrozumiemy co Schweitzer miał na myśli. I faktycznie wielu kompozytorów wykazywało "podwójną" aktywność artystyczną- Wagner jako poeta, Liszt jako poeta, Schumann jako dziennikarz muzyczny... Drugi rodzaj synestezji, to ten działający na różne zmysły- wizualne i słuchowe. Cała programowość, począwszy od ilustracyjności w imitazione della natura, przez Symfonikę Beethovena, aż po wielkie romantyczne poematy symfoniczne. Muzyka wywołująca konkretne skojarzenia wizualne, zmysłowe, pobudzająca naszą wyobraźnie do maksymalnej działalności. Obrazy natury, tak ściśle łączącej się z twórczością, ukierunkowują nasz odbiór, znów... nie zamykając nas w jednej klatce. Uwertura Hybrydy Mendelssohna, Symfonia Fantastyczna Berlioza, Poematy Liszta... Mieczysław Karłowicz w komentarzu do swych fenomenalnych "Odwiecznych Pieśni" pisał: "I gdy znajdę się na stromym wierzchołku, sam, mając jedynie lazurową kopułę nieba nad sobą, a naokoło zatopione w morzu równin zakrzepłe bałwany szczytów - wówczas zaczynam rozpływać się w otaczającym przestworzu, przestaję się czuć wyosobnioną jednostką, owiewa mnie potężny, wiekuisty oddech wszechbytu. Tchnienie to przebiega przez wszystkie fibry mej duszy, napełnia ją łagodnym światłem i sięgając do głębin, gdzie leżą wspomnienia trosk i bólów przeżytych, goi, prostuje, wyrównywa. Godziny przeżyte w tej półświadomości są jakby chwilowym powrotem do niebytu; dają one spokój wobec życia i śmierci, mówią o wiecznej pogodzie roztopienia się we wszechistnieniu." Zdwojoną, jeśli nie potrójną siłę synestezji znajdziemy w operze, gdzie muzyka łączy się ze słowem, obrazem, gestem, tańcem... Prawdziwe spektrum doznań, atakujących nas ze wszystkich stron. Wreszcie, pora wspomnieć o synestezji w naszych czasch- a więc o muzyce w filmie. Tak, wiem, że muzykę filmową zwykło się traktować jako tą: lżejszą, przyjemniejszą ect. Oczywiście, gdy wykonujemy ją bez obrazu, to podobnie z resztą jak prezentując wyrwane z kontekstu poszczególne arie operowe (bez akcji scenicznej, formy...)- staje się po prostu rozrywką. By odkryć siłę muzyki filmowej, trzeba sięgnąc po ambitne kino, w którym współdziałanie wszystkich współczynników staje się wręcz nie odczuwalne, naturalne. Tak, jakby ta muzyka była w nas na codzień. Kończąc w tym przedziwnym miejscu, muszę wspomnieć niezmiernie kontrowersyjną w naszym kraju "Idę". Ostatnią scenę, która wyjaśnia cały ciąg dramatycznych zdarzeń- tytułowa Ida, wraca pieszo, polną drogą, w rytm Bachowskiego chorału "Ich ruf zu dir Herr Jesu Christ" w transkrypcji Busoniego... Fenomenalna odpowiedź, pozostawienie świata w ręku Stwórcy. Lęk ogarnięty nadzieją.

BLOG

Serenada XXI

Z wielkim poruszeniem i szczerą radością powróciłem w tym roku w Polskie Tatry- miejsce święte- miejsce inspiracji tylu polskich pokoleń. Dla mnie szczególnie wyjątkowe, bo wiąże się z wieloma przemianami w moim życiu prywatnym. Tak się jakoś składało, że przez 3 lata nie miałem okazji wędrować po tatrzańskich ścieżkach, ze względu na pracę artystyczną, zawodową, lub po prostu inne plany urlopowe (a może i podświadomość kazała mi omijać miejsca pełne wspomnień...). Powracanie w znane miejsca, przebyte szlaki, niesie ze sobą ryzyko zobojętnienia lub chęć poszukiwania życia utraconego, rozpatrywanego po latach w różowych barwach. Lęk przed porównywaniem: jak było kiedyś- jak jest dzisiaj. Efekt czaru, który prysł w mgnieniu oka. Wszytkie wskazówki prowadzące do nieuniknionych wniosków: starzeje się! Z powyższych obaw nie sprawdziła się żadna...prócz nieuniknionego starzenia się. Góry zachwycają jak zawsze. Poruszają na nowo struny życia. Oddychasz pełną piersią, stając się wreszcie świadomą cząstką natury. Liczy się tu i teraz. Przeszłość nie zawraca Ci głowy, przyszłość śpi w pokoju wynajętym na te kilka cichych dni. Widoki te same, drogę pamiętasz jak Inwokację z Pana Tadeusza... a jednak wszystko jest inne. Jak dziecko odwracasz się sto razy, by upoić się widokiem, który już za rogiem stanie się nieosiągalny. Kroczysz do przodu, nie myśląc o celu- napawasz się każdym etapem podróży, wiedząc, że na szczycie zatęsknisz za bujną, wielobarwną, zaskakującą florą doliny. Wieczna metafora życia- wędrujesz cztery godziny, by pobyć na szczycie... 20 minut. Całą podróż towarzyszą Ci wyrwane frazy z Karłowicza, Szymanowskiego... pisane dokładnie w tym duchu otwartej przestrzeni. Kontuzje, zmęczenie- przypominają tylko o pokorze wobec siły, wielkości gór. Tak- żaden lęk nie zakłócił tej wyprawy. Wszystko odkryłem na nowo, ze smutkiem obserwując serenadę XXI- wieku. Oczywiście, ogromna ilość ludzi w sezonie wakacyjnym nie dziwi, a nawet cieszy- w końcu wyprawa w góry jest aktywnym wypoczynkiem! Problem nie tkwi w ilości, możnaby rzec "zakorkowaniu szlaków" lecz w sposobie celebracji. O ile nauczyliśmy turystów by w górach: "nie śmiecić" i "nie drażnić niedźwiedzia" o tyle zapomnieliśmy umieścić kilka znaków tak charakterystycznych dla zrobotyzowanego człowieka nowego: "nie korzystać z telefonów", "nie palić", "nie sporzywać alkoholu", ... i "ZACHOWAJ CISZĘ". Z ogromnym zażenowaniem słucha się na szlaku, dworcowego slangu wzmocnionego rasowymi przekleństwami. Ludzi nieustannie rozmawiających przez telefon o wszystkim tym, o czym mówią na codzień w zabieganym życiu. Cykl stu zdjęć na minutę, które już po sekundzie lądują na portalu społecznościowym... Jak tonący, zachłystywałem się momentami totalnej ciszy, tak charakterystycznej dla górskiego krajobrazu. Ta chwila, tuż przed szczytem, gdy już milkną w oddali szmery górskich strumyków... Cisza nie istniejąca już nigdzie w naszym życiu, zaczyna umierać także w Tatrach. Jak to możliwe? Wszystko rozbija się o lęki. Nowy człowiek boi się ciszy, bo w niej drzemie energia wszechświata. Kłębią się pytania, które już wiele lat temu zakopał pod stertą laptopów i telefonów. Cisza staje się muzyką- zwierciadłem, które odbija nasze wewnętrzne przeżycia. Już teraz sprzedaje się wodę i powietrze w butelkach, kto wie, może za kilka lat będziemy płacić za "ciszę"... Z wielką radością odkryłem na nowo polskie tatry, marząc, by kiedyś każdy wędrowiec docenił dobra, które oferuje przyroda...

BLOG

Czas malin

Mijam Cię codziennie. Niepostrzeżenie wkraczając w przestrzeń Twoich porannych snów. Znamy się jedynie w przestrzeni bez słów i gestów. Czasem staję się tłem zwykłych ludzkich zmagań, czasem jestem jedyną otuchą, kroplą wiary i nadziei. Z miłością bywa gorzej, bo częściej opowiadam o cierpieniu, niespełnieniu niż o szczęściu. Jako bezwiedna towarzyszka szumiąca w niejednym sklepie, samochodzie, klubie czy mieszkaniu perfekcyjnej pani domu, która właśnie ściera kurze ze swojego przelatującego przez palce życia. Jestem i mnie nie ma, bo trudno być, gdy jest się niezauważanym. Łatwo się do mnie przyzwyczaić i zobojętnieć, można też na moim punkcie oszaleć. Jedni prawią o mnie wielkie, naukowe peany, rozkładając moje wdzięki na czynniki pierwsze z mikroskopijnym sadyzmem. Inni łamią sobie palce, nogi, by móc mnie odtworzyć, choć czasem zdrowy szkielet nie gwarantuje bogactwa ideowego. Są też i tacy, którzy chcą tworzyć mnie wciąż na nowo- tacy którzy ze swych snów i imaginacji usypują formę, z której ktoś kiedyś odciśnie podobiznę krótkiej chwili uniesienia. Dzięki nim trwam, po cichu czekając na atencję potencjalnych amantów. Zastanawiałeś się kiedyś jakby to było gdybym nie istniała? Znikła nagle z kapryśnych pobudek... Po jakim czasie dostrzegłbyś moją nieobecność? No tak, pierwszego dnia pewnie odetchnąłbyś z ulgą- nareszcie! Cisza! Spokój! Upragniony odpoczynek. Rozumiem, w każdym związku potrzebny jest "czas dla siebie", ale czy wyobrażasz sobie świat bez dźwięków, którymi otulam cię codziennie? Świat bez poruszających chwil w operze, gdzie oglądasz odbicie swych rozterek, tak wzruszająco wykonywanych przez śpiewaków. Tydzień bez wizyty w filharmonii, gdzie niejednokroć uroiłeś łzę gdy spływałam na Ciebie jak oczyszczenie od Najwyższego. Jeden z ekscytujących filmów, które tak uwielbiasz, beze mnie stałby się niemą farsą, przypominającą sterylne laboratorium, w którym destyluje się uczucia. Miasta milczących kurantów i hejnałów. Kościoły i liturgie bez śpiewów i organów, których z taką lubością nasłuchujesz po każdym nabożeństwie. Święta bez kolęd, wakacje bez piosenki, śluby bez wzruszających melodii. Co tam uroczystości! Lasy bez śpiewu ptaków, góry bez szumu potoków, burze puste, głuche na ludzki dramat. Wieczory bez świerszczowej filharmonii, która co noc wkłada odświętny frak, byś znów odkrył esencję życia. Jak wyraziłbyś to co niewyrażalne, gdybyś nie miał mnie u boku? Miłość, nienawiść, pustkę, opuszczenie... nawet ta Twoja furia bez wtóru moich wysłanników, wyglądałaby jak kaprysy niemowlęcia! Jak ludzie znajdowaliby kompromisy, jak rozumieliby się bez słów gdyby nie ja? Pamiętasz te chwile, gdy czułeś magiczne połączenie dusz z ludźmi których według Ciebie- nie znasz? Tak, tak- to ja po cichu zbliżałam Was do siebie, tyko na ten jeden wieczór, byś wreszcie odpuścił sobie próżność i pychę. Jestem zawsze i wszędzie, bo wkońcu cisza, to też Ja- ogołocona z sukni utkanych z cudzych pragnień i upojeń. Mijam Cię codziennie. Niespostrzeżenie wkraczam w przestrzeń Twą prywatną, senną, zapraszając byś znów choć na chwilę wpadł na poranną kawę, przy wtórze słowiczych popisów i Twoich marzeń, drzemiących w każdym łyku forte con crescendo...

BLOG