Dar

"Ledwieś piosnkę zaczęła, jużem łzy uronił,
Twój głos wnikał do serca i za duszę chwytał;
Zdało się, że ją anioł po imieniu witał,
I w zegar niebios chwilę zbawienia zadzwonił..."
/Adam Mickiewicz, "Do Laury"/

Mówi się, że ktoś ma dar. Niesprecyzowaną umiejętność. Moc przyciągania, wciągania w swój świat. Mówi się, że ktoś przemawia, doprowadzając nas do łez wzruszenia. To "Dar", którego nie mierzy się już w skali czysto estetycznej. Wykonanie w którym nie doszukujemy się już wiedzy, tajemnych tricków, tudzież wielogodzinnych przemyśleń. Ktoś ma dar. Dotyka. Zaprasza. Nieinwazyjnie, intymnie. Zatapia się w innej rzeczywistości, przenosząc nas z tego ziemskiego wymiaru, w najwyższe stany świadomości. Dar, który jest największym orężem każdego artysty. Jakże go zatem rozwijać, pielęgnować...nauczać? Jak nie zgubić tej cudownej intuicji, wrażliwości? Bo przecież gdy sól straci smak, czymże ją posolić? Jest w naszym systemie edukacji pewna dysproporcja. Dysproporcja wiedzy czysto technicznej w stosunku do rozwoju duchowego. "Dar" pielęgnuje się tylko przez wzrastanie w rzeczywistości niematerialnej, nieznającej prostych rozwiązań problemów. Ba! Rzeczywistości, w której nie istnieją problemy, a możliwości wykonawcze! Rozwój wrażliwości emocjonalnej odbywa się na zupełnie innym poziomie niż proste realizowanie uwag. Dusza nie zna granic poznania. Nie zamyka się w bezpiecznej przestrzeni przyzwyczajeń, której z taką lubością poszukuje nasz rozum wypełniony cudzymi przekonaniami o sztuce i o nas samych. Dusza sięga tam, gdzie rozumowi zabroniono nawet zaglądać. Otwiera przed wykonawcą nieznane, eteryczne przestrzenie odczuwania dzieła. Bez nazywania, dookreślania, szufladkowania. Umożliwia "bycie", "wchłonięcie przez utwór". Dar to niezwykły, ale mimo wszystko jakże przystępny! Oddychać z każdą frazą, ekscytować się wspaniałością kolejnych, nowych odcieni kolorystycznych, odkrywać z dziecięcą radością każdy zakamarek muzycznego opowiadania. Bez nadmiernej dyscypliny postanowień interpretacyjnych, bez pewności jak powinien wyglądać ten konkretny muzyczny obraz. Pewności, która krępuje nasze ruchy, odbiera naturalność. Granie "z duszą" jest podróżowaniem bez mapy, planu wycieczki, bez aparatu, bez rozpisanych przystanków. Nie jest jednak trawiącą nas niepewnością. W żadnym wypadku. To co mieliśmy zbadać - zbadaliśmy. Co mieliśmy dowieść - zostało dowiedzione. Teraz wybieramy się w podróż pełną zachwytu, uwagi, skupienia. Mamy oczy i uszy szeroko otwarte na każdą nawet najmniejszą drobinę piękna. Bo przecież o celu naszej wędrówki możemy przeczytać wszystko w przewodniku, obejrzeć zdjęcia w sieci... jednak wzruszenia nie zaplanujemy, nie przygotujemy. Jego siłą jest właśnie ten niespodziewany przypływ. I  na to nawiedzenie musimy być otwarci. Dzięki skupieniu, pewnej duchowej uwadze, stajemy się bardziej wrażliwi na otaczające nas zewsząd bodźce emocjonalne, którym w wykonaniu powinniśmy służyć. Dar to także cudowna możliwość podzielenia się nim z bliźnimi - zobaczcie jak fantastyczny jest świat dźwięków, w którym razem się zanurzamy, nie bójcie się, chodźcie ze mną do tej fantastycznej, eterycznej świątyni muz! Interpretowanie utworu nie jest przecież zmaganiem się z materią, a stawaniem się tą materią! Spalaniem. Składaniem ofiary całopalnej z siebie dla muzyki, którą się współtworzy. "Stójmy! - jak cicho! - słyszę ciągnące żurawie, których by nie dościgły źrenice sokoła: Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie..."

Kategoria: BLOG

Komentarze  

# Czarek 2018-11-15 10:40
Wyczuwam- nie wiem czy zgodnie z Twoją intencją, ale (być może? na pewno?) nie wbrew niej, bo już uzgodniliśmy szeroki zakres autonomii tak wykonawcy, jak i odbiorcy- nawiązanie do poprzednich wpisów. Czy raczej ich kontynuację.
Masz absolutną rację, że muzyka to dar, przekazany wykonawcom i słuchaczom funkcjonuje jako byt często niezależny od swego twórcy, żyje chwilą jej wykonania, stanem ducha słuchacza, ba! atmosferą wokół wykonania czy wykonawcy, a nawet (nie)banalnością miejsca wykonania. Bardzo dawno temu miałem szczęście być na koncercie dedykowanym Marianowi Sawie. Na organach warszawskiej Archikatedry grał bodajże Jan Szypowski (wstyd, ale nie jestem tego w 100% pewien). Miałem doskonałą możliwość obserwowania Mistrza Sawę słuchającego Jego „Witraży” granych przez Jego ucznia na Jego organach: skupienie, wielka pokora i skromność, uśmiech, zaskoczenie, nawet niedowierzanie połączone z pokręceniem głową, przebieranie palcami, jakby na klawiaturze, jakby zdumienie, że można tak to zagrać, wreszcie wzruszenie i podziw. Miałem wrażenie, że w głowie Mistrza kłębiły się myśli: Jak on to zagrał! Ależ to zupełnie coś innego, niż ja wymyśliłem, ale jakie piękne! A tu- leż mnie wyczuł! O rany, można i tak?

Pozdrawiam serdecznie

PS. Wybacz, proszę, niegrzeczne „tykanie”, ale jako wierny czytelnik Twoich tak osobistych, wręcz intymnych refleksji, uzurpuję sobię możliwość zwracania się do Ciebie per Ty…
Odpowiedz
# Maciej 2018-11-15 16:19
Fantastyczne wspomnienie! Ja także wielokrotnie doświadczyłem tego, że wielu kompozytorów jest bardzo otwartych na to co poprzez ich dzieło ma do powiedzenia wykonawca. Jakby już spełnili swoje zadanie - przekazali zapis muzyki, która zrodziła się w ich głowie, w sercu, zaś przekazanie jej treści leży w kwestii (wrażliwości) wykonawcy.

Pozdrawiam!

P.S. "Tykanie" jest wspaniałe... znikają wszystkie sztuczne bariery!
Odpowiedz