Sonosfera

Sonosfera. Strefa bezkresnych marzeń. Intymna pochodnia nigdy nie wypowiedzianych pragnień, lęków, tęsknot. Nieskładne próby uporządkowania wypowiedzi. Rzucanie światła na dźwięki, niezgrabnie wymykające się spod rozbieganych palców. Chęć uwolnienia się spod dyktatu myśli i rozumu, który błądzi w przekonaniu, że wiecznie patrzy lub słucha ktoś, kto może nas skrzywdzić swoją oceną. Otulam się jedwabną frazą, piękną, choć nie "moją". Utyskuję na ten przeklęty dystans, który powstał między mną a tym krótkim zapisem ludzkich przeżyć, skroplonych w szesnastkowej, eterycznej esencji. Nie wiem jak je wytłumaczyć. Nie wiem dlaczego, skąd się wzięły. Słucham, obserwuję. Sonosfera otrzeźwia, oczyszcza mnie z brudów codzienności. I już nie wiem, jak to było kiedyś, gdy po prostu się grało. Nie pytałem nigdy czy faktycznie tędy droga. Brnąłem w coraz bogatszy, dziki las, podziwiając wszystko co tylko objawiało się przede mną samo z siebie. Nie było we mnie słów. Obrazy, uczucia, dźwięki, ale nigdy ten potok pytań i odpowiedzi, który odcina mnie od obecności. Sonosfera, strefa bezkresnych marzeń. Antytetyczna, dychotomiczna - bo choć zamknięta, skroplona w formie to pełna wolności, wybrzmień, delikatności. Subtelny dotyk wypływający z ciszy i dążący do ciszy. W sztuce światłocienia uwypukla najwspanialsze cechy człowieczeństwa, o których na co dzień ze wstydem wspominamy. Muzyka to gest uprzejmości. Już nie wiem gdzie byłem. Obraz mój składa się z małych, ulotnych chwil, które dziś wspominam z rozrzewnieniem, choć wydają mi się tak obce... Zrozumienie otrzymane od Liszta, który otarł mi łzy, gdy rozgrywał się jeden z moich największych dramatów życiowych. Odwaga darowana przez Widora - to on nauczył mnie władać emocjami. Obecność dana mi przez Brahmsa, który wbrew pozorom bardzo lubił słuchać! No i Franck, który wreszcie nauczył mnie oddychać pełną piersią. Wspomnienia, wdzięczność i melancholia. Dziś nasze spotkania bywają różne. Nie zawsze się rozumiemy. Siedzimy w milczeniu ze zdziwieniem, pytając jak to możliwe, że kiedyś było nam razem po drodze... Jak to możliwe, że słyszeliśmy, czuliśmy się zupełnie inaczej, szczerze, intuicyjnie. A może nasza intymna pochodnia już dawno się wypaliła? Tak, wiem - kluczem do odnowy jest moja obecność - porzucenie gonitwy, chęci rywalizowania, zdobywania, spojrzenia przez pryzmat "zadaniowości". Kiedyś miałem dostęp do tajemnych wrót muzyki i nawet o tym nie wiedziałem, dziś wiem, że poszukuję ich na próżno, gdzieś na zewnątrz, poza sobą. Czyż nie dlatego bohaterami romantyków byli ludzie młodzi, zagubieni, tacy, którzy jeszcze nie zatracili poczucia bycia częścią wszechświata. Ci młodzi werteryści...kim zostaliby na starość? Może byliby jak dzisiejsi hipisi po 70-tce? A może zrzucili by swe cudowne młodzieńcze doświadczenia na karb głupiego idealizmu i zamknęli się w szklanych korporacjach? Pod pręgierzem garnituru i teczuszki coraz trudniej o ciszę, dźwięki, subtelność i obecność. Stać się jednią z brzmieniem, frazą, formą. Odpuścić kontrolę i przekonania. Być świadkiem, nie inicjatorem. Wejść w odpowiednią wibrację... Sonosfero! Przybywaj!

Kategoria: BLOG

Komentarze  

# Czarek 2019-04-02 13:21
Macieju, wiele razy już o tym pisałeś: mamy kłopoty z wejściem w dialog. Także w ten bardzo intymny, z ludzkim geniuszem- czy Boskim natchnieniem.
Niedawno dotarł do mnie komplet dzieł organowych J.L. Krebsa w interpretacji Tomadina. Wcześniejsze nagranie, Weinbergerów, także nie opuszcza na długo słuchawek (nie mam, niestety, nagrań Friedricha i Kitchena). Niesłusznie pomijany Johann Ludwig! Zawsze miał pod górkę, a mimo to tyle w jego muzyce radości, pogody!
Odpowiedz