Ocalony

Żyjemy w świecie ciągłych zmian. W przeciągu jednego tygodnia dowiadujemy się, że mamy dodatkowy extra kontynent pod wodą; że 40 lat świetlnych od nas znajdują się planety podobne do naszej, być może zamieszkane przez stworzenia inteligentne (dowiemy się za 80 lat, gdy odeślą nam odpowiedź...). Swoją drogą, ciekawe co by było gdyby słynne nagranie Gouldowskich interpretacji Bacha dotarło na którąś z "bliźniaczych" planet...Dowiadujemy się, że (niczym w proroczym serialu "Black Mirror") za parę lat będzimy mogli ingerować w ludzką pamięć by wymazywać złe wspomnienia. Całkiem sporo jak na siedem dni. Jeszcze sto lat temu byłoby to niemożliwe. Przyśpieszamy w każdej dziedzinie, szukając najlepszych, najbardziej wydajnych rezultatów. Jak szybko zmienia się świat, tak szybko zmienia się i sztuka. Dziesięć wieków średniowiecza, niemal pół wieku oświecenia czy pół wieku romantyzmu, aż po krótkie modernistyczne dekady to piramida przyspieszającej stylistyki. Obserwacja ostatnich 30 lat w muzyce pokazuje jak wiele w twórczości kompozytorów zmieniła obecność internetu, a co z nim się wiąże - także masowego odbiorcy na niespotykaną skalę, problemu emocjonalnych więzi międzyludzkich, konkurencyjności w sieci, gdzie jednego dnia można słuchać kapeli barokowej z Mediolanu, Orkiestry Gewandhausu i spektaklu z Metropolitan Opera. Bach+ niemal cała historia muzyki na wyciągnięcie ręki, w najlepszych wykonaniach. Są jednak wynalazki, które ze względu na ingerencję w integralną całość ludzkiej istoty mogą doprowadzić do zapaści artystycznej działalności człowieka. Brzmi lekko pompatycznie i przemądrzale. Co spowoduje wprowadzenie możliwości ingerencji w ludzką pamięć? Znów odsyłam do wspomnianego serialu, który dosadnie pokazuje, że poprzez wszczepianie "sztucznej pamięci", z której można kasować wybrane treści, dokonamy pogłębienia patologii psychicznych. Utopijne marzenia o doprowadzeniu do permanentnego, błogiego szczęścia całej ludzkości, bez rzetelnej pracy u podstaw, przeżywania, wypracowywania kompromisów, szacunku do historii zamykają drogę do prawdziwego, pełnego bycia tu i teraz. Szukamy idealnych warunków, by tworzyć z gwarancją sukcesu, zarobku i miejsca w panteonie wielkich kompozytorów. Mieć idealny zespół i salę i spojój... Dużo tych warunków w ostatnich czasach. Czasach wzmożonej dyskusji o konstrukcji Państwa, kontynentu i świata, choć nie tak dawno szukaliśmy miejsca jednostki w tym dobrze prosperującym układzie. Posiadanie idealnych warunków do pracy twórczej, nie gwarantuje nam jednak możliwości osiągnięcia prawdziwie artystycznych celów. Niezwykle porusza historia Symfonii Leningradzkiej Szostakowicza. Na przekór propozycjom władzy, by ewakuować się z całą rodziną, kompozytor pozostaje w oblężonym mieście, by w siedemdziesięcio minutowym dziele opowiedzieć o życiu ludzkim w okowach śmierci. Pompatyczne takty wstępu nawołujące do obrony miasta stopniowo przeradzają się w dźwiękowe obrazy rzeczywistości wojennej. Marsz żołnierzy. Nocne czuwanie na dachu konserwatorium, gdy z oddali dobiegają wybuchy dział altyleryjskich. Rozgiweżdżone niebo wymarłego, opustoszałego miasta, tak niesamowicie zamknięte w przepastnych frazach smyczków. Czuwanie w świecie czekającym na zagładę. Warunki skrajnego niedożywienia i wyziembienia organizmu, ciągłe naloty, niepewność o życie najbliższych... wyjątkowo nieartystyczne podłoże dla tak kunsztownego dzieła. Historia jego wykonania w oblężonym mieście przez zdziesiątkowaną orkiestrę radiową (uzupełnioną przez muzyków z orkiestr wojskowych), w sytuacji w której życiem zaczynają rządzić instynkty, zdaje się zakrawać o absurd. Ta muzyka świadcząca o bohaterstwie mieszkańców, walce mimo wszystko, poczuciu obowiązku, powstała dzięki niezrozumiałej decyzji o pozostaniu w miejscu zagłady. Kto w takiej chwili myśli o komponowaniu?! Prawdziwy artysta. Było ich więcej, bo czymże wyjaśnić Kwartet na koniec czasów Messiaena powstały w obozie koncentracyjnym w Gorlitz? Wykonany po raz pierwszy przez współwięźniów i samego kompozytora na zdezelowanym, obozowym pianinie. Jakże to dalekie od filharmonicznych fraków i niekłamanych zachwytów... Znów, skąd ten imperatyw twórczy w tak nieludzkich warunkach. Niepojęte. Te żywe pomniki historii świadczą o ważności sztuki jako katalizatora ludzkich przeżyć. Bolesnych, dramtycznych momentów, w których świat stawał na głowie. Dzieła nie pisane dla chwały, a z prawdziwej misji twórczej. Dziś, chcielibyśmy mieć wszystko zapewnione przed podjęciem pracy, a gdy już zbudujemy podstawowe fundamenty, pytamy o sens planowanych działań twórczych. Zbytnio szeregujemy. Porządkujemy co w danej chwili jest ważne, a co może poczekać na lepsze czasy. Mając tak ogromne możliwości, dajemy prymat instynktowi przetrwania, co w świetle twórców "wojennych" wydaje się takie małostkowe. Może znów warto pójść za Różewiczem:

"Szukałem nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności.

Mam dwadzieścia cztery lata
ocalałem
prowadzony na rzeź."

 

Kategoria: BLOG